RECENZJE

Rapture
Echoes

2003, Strummer 8.6

Historia z Echoes to tegoroczna, mniej dramatyczna wersja opowieści dotyczącej przedstawiania światu Yankee Hotel Foxtrot Wilco. Płyta Rapture z niewyjaśnionych do końca przyczyn przeleżała w pełni wypieczona, wygotowana i dodatkowo przyprawiona smakowitą produkcją Jamesa Murphy i Tima Goldsworthy przez cały cholerny rok. Z przyczyn wiadomych jedynie najgłębszej czarnocie sceny niezależnej, no i wszystkim szalejącym w ubiegłe lato przy Rapture, włącznie z najbardziej zatwardziałymi DJami, nie minął tydzień bez wydania cichego okrzyku podziwu lub zupełnie wrzaskliwo-histerycznej wzmianki o potencjalnie wyrzuconym w inny układ słoneczny albumie. Paradoksalnie, lanie w spodnie, podeksyctowanie w oczekiwaniu na pełnowymiarowca nie było spowodowane ani debiutanckim Mirror, ani EP-ką Out Of The Races And Onto The Tracks, lecz jednym zaledwie utworem, który w połowie roku 2002 miał zapowiadać full length. Niektórzy, a do tych niektórych należeli nawet krytycy o sporym autorytecie, próbowali wyciągnąć paralelę pomiędzy "House Of Jealous Lovers", a "Danger! High Voltage" Electric Six. Że niby oba wyjebane, oba rozbudziły ogromny apetyt na krążek długogrający, rokując wielkie nadzieje na wyjątkowe dokonanie, coś w tym guście. Hah, Electrix Six? What the fuck just happened? Zarówno nie ma zestawienia tych dwóch piosenek, jak i okazuje się nie ma porównania obu zespołów, z czego na szczęście wszyscy zdają już sobie sprawę.

Zamiast kolejnego overhype'u, na naszych oczach ukazuje się upragniony, wyczekany i, uwaga, najważniejszy jak do tej pory longplej dance-punkowy. Album diametralnie różny od tego co prezentują zespoły w rodzaju Radio 4 czy S Prcss, ale również właśnie dlatego o wiele od wymienionych istotniejszy, ze względu na swoją nieoczywistość, kreatywność. Zamiast męczącej na dłuższą metę, jednostronnej zrzynki z Gang Of Four, Echoes okazało się stopem różnorodnych stylów, podszytym namacalnie tanecznym podejściem w warstwie rytmicznej i podskórnie wyczuwalną punkową witalnością. Niejeden fragment sprawia, że drapiemy się po włosach w refleksji, czy aby na pewno to co przedostaje się przez zbędną woskowinę w uszętach uprawomocnia do użycia magicznego słowa, którym od półtora roku wywijamy w te i we w te przy pojawieniu się każdej kolejnej kapeli ślepo zapatrzonej w Entertainment!. I to jest właśnie genialne! Jedynie Rapture i dwie grupy powiązane z członkami Wykrzykników (przy czym jasne klasyfikowanie tej drugiej rodzi poważne trudności) potrafiły wspiąć się ponad jednowymiarowe inspiracje, tworząc coś oryginalnego, wyginając ramy gatunkowe, oddając to co w tym nurcie jest rzeczywiście nowe i nie mogłoby powstać pod koniec lat 70-tych.

Echoes stanowi całość starannie skonstruowaną i uporządkowaną. To kolejna rzecz uwypuklająca odmienność Rapture od nie przykładających zwykle wagi do sfery wykraczającej poza songwriting współziomków. Wspomniany na początku, dziś już klasyczny dance-punkowy stunner, który wywołał to całe zamieszanie, wspólnie z "Giulianim" może uchodzić za najdoskonalsze odzwierciedlenie powyższych słów. Zamyka się tam cała świeżość dance-punku: szlachetnie house'owy szkielet rytmiczny stopiony w jedno z intelektualną post-punkową energią. Opętańcze szarpańce przeszywane krótkimi gitarowymi dźgnięciami oparte są na porywającym groovie basowym, natchnionych beatach i kubańsko-afrykańskich bębenkach godnych zaprezentowania na szamańskim rytuale inicjacyjnym organizowanym w wiosce w samym sercu Czarnego Lądu. Jeśli dodać nakładki wokalne przywołujące Byrne'a z Remain In Light skojarzenie z egzotycznymi eksploracjami Talking Heads wydaje się uzasadnione. Kopnięcie "House Of Jealous Lovers" odczuwalne jest podwójnie w trakcie rozkręcania się dance-punkowej suity w środku albumu, oznajmionej niespodziewaną transformacją wokalu na lydonowski, poprzedzonej początkową bardziej refleksyjną niż taneczną sekwencją, gdzie Luke Jenner zamiast podróby Kinga funduje lament Roberta Smitha. Przede wszystkim warto w tej pierwszej fazie docenić rolę duetu DFA, poprzez oszczędne aranżacje i wypolerowaną jak na podziemną kapelę produkcję kreującego sporo przestrzeni, czyniąc miejsce dla stopniowo rozkręcającej się, duszniejszej gitarowo-house'owej balangi.

Zanim wejdą klubowy drive i żarliwe cyfrowe obiegi "I Need Your Love", mamy niemal buckleyowską w wyrazie kołysankę "Open Up Your Heart", zwieńczoną przytulnymi dęciakami. Saksofon przewija się przez cały album – czasem wprowadzany eksperymentalnie, przywołując Street Dad Out Hud, innym razem poświęcający się lakonicznym jazzowym improwizacjom. Obszerne fragmenty ciążą także w stronę Public Image Ltd., ale podczas gdy Londyńczycy preferowali ciężkostrawne poszukiwania (to w zakończeniu ich self-titled należy doszukiwać się inspiracji dla "This Dust Makes That Mud" Liars), Rapture stawiają na wolne od niepotrzebnego ciśnienia, punk-funkowe wibracje, mimowolnie jednak nabierają one rangi ponadczasowej wartości. Może to zasługa nie popadania w imprezową rutynę, może magii DFA (trudno wskazać punkowe zespoły, które zdecydowałyby się na efekty pokroju niebiańskiego outro "Killing"), pewne jest w każdym razie to, że spośród ogromnej fali grup uprawiających obecnie dance-punk, niewiele rozumie, którędy droga do zapisania się w dziejach nurtu jako bandy mające coś do powiedzenia, nie będące zaledwie epigonami. Zarówno Echoes, jak i być może mający się dopiero ukazać drugi album !!! powinny zasiać zamęt, na którego efekty nie będziemy długo czekać.

Michał Zagroba    
26 września 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie