RECENZJE

Raekwon
Shaolin vs. Wu-Tang

2011, Ice H20 6.3

Wraz ze znajomymi mam taką jedną zabawę, nazywa się: "spierdalamy, pały!" – jest niedroga i w zasadzie niewinna. Wystarczy parę złotych i sprzyjające warunki pogodowe. Wymarsz na wcześniej ustaloną miejscówkę, ławeczka, browary i kumpelskie rozmowy. Wszystko fajnie, ale wiemy, że te odwieczne pogaduchy już by się nam znudziły, gdyby nie policja – spiritus movens tych wieczorów. Kara jest niewielka, ale rodzi napięcie. Sto złotych – dla jednego dniówka, dla drugiego czwarta część stypendium – perspektywa się zmieniła, ale wciąż warto mieć tę kasę. Dlatego obserwujemy, rozglądamy się a gdy na horyzoncie pojawi się "suka", łapiemy za butelki i spieprzamy. Przez murek, dziurę w płocie, dalej łąką i co sił w nogach za ziemny wał. Nasze małe N.W.A.

Od czasu, gdy obejrzałem teledysk do "Surgical Gloves" wiem, że Raekwon gra z nami w drużynie. Zabawa mistrza z Wu-Tangu różni się jednak od naszej tym, że znudziła się okolicznej policji i teraz Rae musi płacić znajomym, by zakładali mundury i biegali za nim po Staten Island. Plus jest taki, że raperowi się trochę przytyło, więc łatwiej go dopaść. Nie ujmuje to nic Raekwonowi, który przecież dawno zdradził, że reprezentuje styl ropuchy i biegać nie lubi. Nie w smak mu też zmiany, dlatego na Shaolin vs. Wu-Tang delektuje się własnym stylem, brzmieniem, żongluje autoreferencyjnością, nakłaniając do tego starych kolegów z podwórka. Ekipa podchwytuje i już za chwile uradowany Raekwon bawi się w podchody z własnym mitem, grając w policjantów i złodziei z dorobkiem Wu-Tang Clanu.

Złośliwi powiedzą, że w tej szaradzie reinterpretacji i nawiązań Raekwon przegapił XXI wiek. Trochę w tym prawdy, ale nie zapominajmy, że to nowe stulecie nie zaoferowało nam dotychczas nic lepszego niż 36 Chambers, więc uważałbym z pociskami. Zresztą porównując Shaolin vs. Wu-Tang do albumów dzisiejszej młodzieży, łatwo o niesprawiedliwość. Wszystko z prostego powodu: gdzieś po drodze zmieniła się nam optyka i Raekwon ewidentnie do tej nowej perspektywy nie przystaje. Przejrzyjcie ostatnie recenzje płyt ze świata hip-hopu: liczą się rozpoznawalność, własny styl i podkłady. Tak, to są właśnie cechy dobrego rapera. Co z tego, że dwa pierwsze określenia są często eufemizmami "słabego flow".

Nie trudno jest mi sobie wyobrazić "nowoczesnego" fana hip-hopu, który narzeka na mało charakterystyczną nawijkę Raekwona. No tak, Raekwon brzmi jak Raekwon, czyli jak pół sceny. Trochę przypał. Wszystko dlatego, że nie zjada końcówek, nie musi maskować zadyszki absurdalnie długimi przerwami i trzyma się rytmu – gdzie tu charyzma? A może w tym całym rapie nie chodziło wcale o to, aby być innym?

Only Built For Cuban Linx Pt. 2 uważam za jedną z najlepszych hip-hopowych płyt minionej dekady. Tyle, że wówczas – i po części słusznie – laury odbierali głównie producenci. No bo, kogo tam nie było? Dilla, Sermon, Pete Rock, Dre – no i oczywiście – RZA. Okazuje się jednak, że nawet w tej branży "oczywizmy" mają krótkie nogi. Na Shaolin vs. Wu-Tang nie pojawia się żaden z wyżej wymienionych. Liga producenckich gwiazd dostała wolne – czas na młodych. Podejście Rae przypomina trochę to, co zrobił Kweli na tegorocznym Gutter Rainbow, daje też podobne rezultaty.

Beaty na Shaolin vs. Wu-Tang nie wryją się wam w pamięć tak, jak pociski serwowane na Only Built For Cuban Linx Pt. 2. Oddajmy jednak sprawiedliwość: producenci robią je – przede wszystkim – dla Raekwona, a ten czuje się doskonale w ich otoczeniu. Weźmy takie "Shaolin vs. Wu-Tang": krótka, nerwowa pętla, charakterystyczne odgłosy pojedynków karate, a na nich Raekwon – szybki, pewny, czujący tę cykliczną, producencką neurozę. Pula zgarnięta. Nadmiernie egzaltowany podkład toczyłby tu tylko nierówny bój. To album Chefa i dawno już – o ile kiedykolwiek? – tak bardzo tego nie słyszeliśmy.

Oczywiście, na Shaolin vs. Wu-Tang pojawia się masa gości. Do jednych już przywykliśmy (ziomy z Wu-Tangu, Nas, Busta Rhymes), innych mogliśmy się nie spodziewać (choćby Rick Ross) – żaden nie jest tak równy jak Rae. No dobra, Meth rozwala wszechświat (jakby ktoś przypadkiem zapomniał) wersem: "They be calling my flow ill, but still I'm never calling in sick", ale gospodarz nie daje za wygraną, uruchamiając cały poczet metafor, wieloznaczności i słownych gierek, wśród których "Chef a fly ass nigga, he cook every Sunday / He had a beef on the runway, making shit ugly" jest tylko tą pierwszą z brzegu.

Nie jest to płyta wybitna i naprawdę nie zdziwię się, jeśli za chwilę zje ją Wiz Khalifa czy Tyler The Creator. Po stronie słabości można wymienić np. kilka nieudanych featuringów: Busta Rhymes chyba już na dobre odcumował od granic szaleństwa, a Jim Jones i Lloyd Banks, choć skorzystali z zaproszenia, to pewnie zdają sobie sprawę, że to nie ich liga. Nagromadzenie przegadanych kung-fu sampli może nudzić, z drugiej strony trudno już wyobrazić sobie bez nich płytę Wu-Tangu. Tak samo zadziwia mnie zarzut kierowany w stronę rzekomo patetycznego i stadionowego "Rock & Roll". Sorry, ale to jest kawałek o Bon Jovim i Dylanie, więc co, mieli go położyć na jakimś microhousie? No właśnie, lepiej dozujmy emocje, bo wychodzą później kwiatki pokroju: "za mało eklektyczne". Doprawdy, "can it be that it was all so simple then?"

Muszę kończyć, jadą policjanty. Ekipa już goni, tylko Reakown się schował za krzakiem i się chichra. Adept Shaolin w cieniu żywopłotu. Tym razem nie da rady. Brzuszysko wystaje zza listowia. Wpadka. A może i nie – przecież ustaliliśmy, że gani(aj)ą go głównie ziomki. Zresztą Rae i tak by tego nie roztrząsał – dawno już przecież postanowił, że nie będzie biegał. Poprawia więc fullcapa, mruga znacząco i rozpiera się wygodnie. Ropuszy król.

Jan Błaszczak    
23 marca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja