RECENZJE

Radiohead
The Bends

1995, Parlophone 8.6

O, wraz z The Bends nie ma już żadnych wątpliwości. Oto Radiohead zaczynają dyktować warunki w muzycznym świecie. Nagrywają album, który brzmi tak dojrzale, jak gdyby został stworzony przez stare wygi, robiące w tym przemyśle jakieś dwadzieścia lat. Aż trudno uwierzyć, ale ci ludzie debiutowali dwa lata wcześniej! Tymczasem od pierwszej do ostatniej minuty muzycy sprawują tu pełną kontrolę nad każdym dźwiękiem. Sesje do tego krążka kosztowały ich sporo zdrowia i nerwów. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania: grupa zagościła wśród najwybitniejszych wykonawców swoich czasów. Czy ktoś mógł wtedy przewidzieć, że za sześć lat The Bends nie będzie miało nawet startu do trzech następnych dzieł Radiohead? Czy w 1995 roku ktoś w ogóle spodziewał się, że to będzie najwybitniejsza grupa świata? Nie. Ludziom nie pozostawało więc nic innego, jak cieszyć się tym oto albumem.

Prawie wszystkie z tuzina zawartych na tej płycie kompozycji brzmią jak najprawdziwsze klasyki muzyki rozrywkowej. I w tym tkwi ich potęga. Wprawdzie łatwo czasem przewidzieć dalszy ciąg melodii, dośpiewać wraz z Thomem jego partię bez większego wysiłku. Bo, prawdę mówiąc, jest to taki pop w wykonaniu Radiohead. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: chodzi mi o warstwę melodyczną, o niebywałą umiejętność pisania tak chwytliwych, i zarazem pięknych piosenek. Bo jak chłopaki się uprą, to potrafią tak dowalić, że głowa mała. Poza tym, nastroje zmieniają się tu jak w kalejdoskopie: smutek obok gniewu, melancholia blisko zawiści, miłość niedaleko wstrętu. A wszystko wymieszane w tak przekonujący sposób, że sprawia wrażenie zgranej całości. Ale po kolei. The Bends otwierają tajemnicze, kosmiczne szumy, stanowiące wstęp do pierwszego utworu, "Planet Telex". Niezwykłe harmonie, bazujące na nieznacznych modyfikacjach w obrębie jednego akordu, wspaniałe przestrzenie i Yorke brzmiący tak pewnie, jakby nagrał przedtem z dziesięć, a nie tylko jedną płytę. Następuje kawałek tytułowy. Mimo, że jest to nieznaczna pozostałość po debiutanckim materiale, to już zagrany z tak wspaniałym wyczuciem i luzem. Masywny riff przewodni z miejsca brzmi jak klasyka. Potem mamy "High And Dry", najbardziej chwytliwą piosenkę, jaką firmował kiedykolwiek ten zespół. A jednak sporo tu ukrytego gdzieś smutku, jakiejś tęsknoty.

Mniej więcej od tego momentu zaczyna się prawdziwy popis: sześć utworów, a jeden lepszy od drugiego. Gdy słucha się ich po raz pierwszy, wydaje się, jakby towarzyszyły nam od zawsze, jakbyśmy znali je na pamięć. Piękny, liryczny, wręcz planowo przejmujący "Fake Plastic Trees", to fragment, który wyznaczył kierunek rozwoju połowy brytyjskich kapel gitarowych po 1995 roku. Z miejsca wszedł do kanonu. Wszystko za sprawą kilku chwytów gitarowych. Trzy ostrzejsze nagrania: "Bones", "Just" i "My Iron Lung" to po prostu absolutne standardy niezależnego, zgiełkliwego grania. Z tym, że każde z nich odsłania nieco inne oblicze Radiohead. W pierwszym z nich mamy miarowe przejścia: od spokoju do hałasu i z powrotem. "Just" jest majstersztykiem samym w sobie: ładna, acz nieprzewidywalna melodia zostaje tu podana w sposób zdecydowanie zdradzający zaburzenia emocjonalne, a to z powodu partii gitarowych. Tego, co ci ludzie, a młodszy Greenwood zwłaszcza, wyprawiają z tym instrumentem nie da się opisać. Zaś w "My Iron Lung" mamy tego samego pacjenta, który jednak zapomniał odbyć wizyty u psychiatry i dzieli się teraz z nami swoją chorobą (w wersji studyjnej słychać to w gitarach, ale posłuchajcie co na koncercie robi w tym numerze Colin!).

Jest jeszcze "Nice Dream", który najpierw rozwija się jako śliczna, sielankowa ballada, by na wysokości 2:28 porazić niespodziewanym atakiem sześciostrunowców. Trzeba mieć jakiś dar, żeby tak zwyczajnie łączyć te oczywiste przeciwności. Z kolei z sennego "Bullet Proof..I Wish I Was" bije takie piękno, że nie ma sensu zabierać się za jego opisywanie. Trzeba posłuchać i wszystko będzie jasne. Znów tylko cztery akordy. Jak oni to robią? A potem ten cudowny motyw-refren w środku, wraz z którym wchodzą leniwe gitary. Cichy zaśpiew Thoma. I już koniec. Raptem trzy i pół minuty *czystego piękna*. Nic więc dziwnego, że po takiej dawce rewelacyjnej muzyki następne dwie piosenki wydają się lekko odstawać. To tylko złudzenie – na płycie każdego innego wykonawcy należałyby do wyróżniających się. Obie zachwycają mimo to wspaniałymi refrenami. A na koniec dostajemy pieśń, o której znów, nawet gdyby bardzo się uprzeć, nie można inaczej powiedzieć, niż: piękna. "Street Spirit (Fade Out)". Z początku tylko głos i skromny podkład. Ale z każdą chwilą napięcie narasta. Co ciekawe, tym razem nie będzie wybuchu, ataku skomasowanych gitar. Bo to jest pieśń na zakończenie.

(Teksty Yorke'a są tematem na osobną recenzję, jak sądzę.)

Tyle Radiohead mieli do powiedzenia w roku 1995. Zachwycili słuchaczy pięknymi piosenkami, frapującym brzmieniem, niepowtarzalnym klimatem. A w dwa lata później wrócili z płytą następną. Wtedy zachwyt przerodził się w skomlenie na kolanach i składanie ofiar.

Borys Dejnarowicz    
25 lipca 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja