RECENZJE

Radiohead
Pablo Honey

1993, Parlophone 7.4

Drodzy czytelnicy, myślę, że nadszedł już najwyższy czas, by obalić kilka mitów dotyczących debiutanckiej płyty długogrającej zespołu Radiohead. Sprawa jest bardzo pilna, zważywszy fakt, iż kolejne pokolenia słuchaczy przyjmują powszechnie rozgłaszane kłamstwa jako nieomylną wyrocznię i w efekcie omijają z daleka album, który niczym sobie na takie traktowanie nie zasłużył. To prawda, Pablo Honey nie należy do dzieł najrówniejszych, więcej: zdarzają się tu momenty słabe. Ponadto, wiele wskazuje na to, że mamy do czynienia z najmniej wartościową studyjną propozycją grupy. Zgoda. Tylko szkopuł w tym, że oni nie nagrali żadnego słabego krążka. A takim oszczerstwom, jak rozpowiadanie na lewo i na prawo przez "ekspertów", iż na Pablo Honey prócz "Creep" nie ma więcej nic ekscytującego, należy jak najszybciej zadać kłam.

Połowa z dwunastu zawartych na tej płycie utworów wystarczyła by z powodzeniem za wyjaśnienie tajemnicy i geniuszu wczesnego Radiohead. Serio. Weźmy takie otwierające całość "You". Nikt mi nie wmówi, że każdy debiut wyspiarskiej kapeli rozpoczyna się tak porywająco. Kapitalny w swej prostocie motyw, kipiące energią gitary, gęsta, neurotyczna atmosfera. Mistrzowskie posługiwanie się zgiełkiem. No i ten głos. Na pierwszej płycie Yorke rzadko jeszcze używa swojego, osławionego później falsetu. Śpiewa jakby niżej, ale na wokalnych "zakrętach" mamy już zarys tej niezwykłej faktury brzmieniowej: coś, jakby leciał kilkoma dźwiękami naraz, mimo że nie ma nakładek. Jest również ta niebywała emocja, ten żar w jego głosie. Momentami wydaje się, że koleś walczy o życie - z takim zaangażowaniem interpretuje swoje partie. A jeśli komuś mało, to zaraz potem, zanim zdążycie się otrząsnąć, jest "Creep". Tyle już powiedziano o tej piosence... Nic nowego nie wymyślę. Po prostu, jeśli ktoś jeszcze tego nie słyszał, to niech koniecznie nadrobi tę zaległość. A wtedy nie będzie mógł się uwolnić od Yorke'a lamentującego "What the hell am I doing here?", od gitarowych popisów autorstwa Jonny'ego Greenwooda, od nierealnego, niemal surrealistycznego klimatu wyczarowanego z czterech prostych akordów. Przysięgam.

A to wcale nie jest koniec tej magii. "Stop Whispering" zaczyna się łagodnie, raptem melodyjka i spokojny głos. Ale szaleństwo narasta z sekundy na sekundę. Około drugiej minuty daje o sobie znać ostrzejsza gitara. Natomiast od trzeciej zaczyna się ten cudowny chaos na trzy gitary. Yorke zawodzi najgłośniej, jak tylko potrafi. A kakofoniczne zakończenie przywodzi na myśl Sonic Youth. Odwrotnie jest w "Anyone Can Play Guitar", które od hałasu się zaczyna, by zaraz przerodzić się w potężny, rockowy kawałek, okraszony dodatkowo chwytliwym refrenem. Thom z pasją deklarujący "Grow my hair, I wanna be wanna be wanna be Jim Morrison" na tle cokolwiek atonalnych drgawek gitarowych może samego słuchacza przyprawić o podobne drgawki.

Trzeba być wszak uczciwym i wspomnieć o słabszych chwilach na Pablo Honey. Należy do nich z pewnością pseudopunkowy "How Do You", chyba najmniej udane nagranie Radiohead w całej dyskografii grupy, na pewno zaś biorąc pod uwagę wydawnictwa długogrające. Niczym nie wyróżnia się bardzo przeciętny "Ripcord". Podobnie jak nijaki, ocierający się momentami o mdły pop-rock "I Can't". Ale, na dobrą sprawę, to już koniec wyraźnych minusów tego albumu. Jest tu wprawdzie jeszcze kilka fragmentów, co do zalet których można by dyskutować. Każdy z nich broni się jednak dzięki kilku niewinnym frazom śpiewanym z niesamowitym ładunkiem emocji przez Yorke'a. I tak, w "Thinking About You" będzie to "All the things you've got, all the things you need". W "Vegetable" poraża on swoim "I will not control myself". Natomiast "Prove Yourself" rozdziera na strzępy wciąż powtarzanym sloganem zawartym w tytule, błyskotliwie skontrastowanym przeciągłym zaśpiewem "Why?!". Owszem, nawet zgodziłbym się, że te piosenki są do siebie bardzo podobne.

Ale na koniec otrzymujemy dwie małe perełki. "Lurgee" musi wzruszyć nawet najtwardszych słuchaczy, pod warunkiem oczywiście, ze znają oni angielski. Subtelna ballada przeradza się nagle w dysonansową symfonię gitar. Natomiast kończący Pablo Honey "Blow Out" to prawdziwy majstersztyk jeśli chodzi o narastanie dramaturgii. Od lekkiego niepokoju do całkowitego szaleństwa. Od jazzującego tematu na wstępie do powalających przejazdów gitary pod koniec. Stąd za żadne skarby nie uznałbym tej płyty za zwykły, rockowy debiut kolejnej alternatywnej grupy z Wielkiej Brytanii. Oni od początku mieli w sobie coś niezwykłego, coś, co nie pozwala porównywać ich z nikim innym. Brzmienie? Klimat? Jonny Greenwood? Thom Yorke? Niepotrzebne skreślić.

Borys Dejnarowicz    
25 lipca 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie