RECENZJE

Radiohead
Ok Computer

1997, Parlophone 10.0

Cześć, to znowu ja. Ile już się znamy? Nieważne. Może czytacie moją pierwszą recenzję, może znacie wszystkie pozostałe na pamięć. Nieistotne. Jestem tylko ja i klawiatura. Jeszcze przez kilkadziesiąt minut. Potem, jak zwykle, prześlę tekst naczelnemu. Naczelny umieści tekst na stronie. I tak dalej. Koło się zamyka. Tak wygląda u nas praca: słuchamy muzyki na okrągło, wstukujemy opinie na dysk, przesyłamy je naczelnemu. On formatuje, wrzuca na stronkę, serwis się wzbogaca. I tak jesteśmy recenzentami. Oceniamy świat. I przedwczoraj otrzymałem mailową wiadomość od naczelnego. Oprócz spraw bieżących, Błażej poruszył jeszcze jeden temat. Napisał, że mamy 99 recenzji w archiwum. W poniedziałek ukaże się setna. Mówi, że warto by było to w pewien sposób zaznaczyć, uczcić. No i sama płyta też powinna być specjalna. Bo recenzja numer 100 zdarza się raz. Święta prawda. Kurczę, tak na co dzień się tego nie kontroluje, ale 100 to już jest poważna sprawa, nie sądzicie?

Mógłbym zastanawiać się kilka lat, ale i tak nie wybrałbym lepiej. Zresztą, nie mieliśmy wyboru, z wielu względów. Ok Computer jest właśnie tym albumem, który należy opisać jako setny. Dlaczego? Oczywiście w tym jednym artykule nie zamknę nawet procenta pełnej odpowiedzi. Ale takie rzeczy się czuje. Kto wie, czy istniałby Porcys w takiej formie, w jakiej istnieje, gdybyśmy pewnego dnia nie usłyszeli Ok Computer. Kto wie, czy postrzegalibyśmy muzykę tak, jak postrzegamy, gdyby nie zetknięcie z tą płytą. Więcej nawet, nie wiadomo, czy w ogóle bylibyśmy tymi samymi ludźmi, gdyby na naszej drodze nie pojawiło się to dzieło geniusza. "Mów za siebie", myślicie teraz pewnie. Przyjmuję tę wątpliwość. Ale jeśli mam uchylić rąbka tajemnicy, to trzy piąte obecnej załogi Porcys podpisuje się pod powyższym akapitem. Mamy zatem większość bezwzględną. Podobnie kwestia oceny: chciałem z tego miejsca oświadczyć, że nie jestem "10.0", bo tyle samo Ok Computer otrzymałoby od każdego ze wspomnianej trójki. Pomijam już rzecz oczywistą: to jest 10.0, jak żadna inna płyta. Jak w ogóle mało która w historii. To jest takie 10.0, które bije w oczy, oślepia, rozbraja. Och, chcecie, żeby to powiedzieć wprost? Dobrze. Jeśli Ok Computer nie jest 10.0, to nic nie jest 10.0, zwyczajnie.

"Piszesz o wszystkim, tylko nie o muzyce". Ha, łatwo powiedzieć. Ja po prostu wiem, że o tym albumie nie można napisać niczego, by nie zubożyć jego wartości. Śmieszne wydają się komentarze na temat Ok Computer; nazywanie go płytą znakomitą, oryginalną, dojrzałą i tak dalej. To przecież zapis świadomości świata u schyłku wieku, szczytowe osiągnięcie post-modernizmu, dzieło sztuki, wykraczające swoim zasięgiem poza muzykę popularną, muzykę w ogóle. Sztukę nawet, bo jest w Ok Computer wiele z socjologii, antropologii, psychologii, a więc dziedzin nauki raczej, niż sztuki. Wreszcie jest to album reprezentujący rocka jako formę wyrażenia artystycznego. I jeśli miałbym przedstawić na jakimś forum starych zgredów coś, co świadczyłoby o tym, że rock jest sztuką, to wybrałbym Ok Computer właśnie, bo pewnie więcej w nim sztuki, niż w niejednym utworze wielkich klasyków muzyki poważnej. I głupie będzie teraz powtarzanie, że Ok Computer jest "perfekcyjnie, idealnie dopracowany", ale tak jest, co poradzę. Co oznacza, że każda sekunda zawartości dysku jest potrzebna i właściwa. Nie wyobrażam sobie, żeby zabrano mi którąkolwiek z nich, żeby dodano nową. Odpowiedzialnych za to ludzi opętał najprawdopodobniej w trakcie pracy nad Ok Computer amok, ale efekt jest taki, że każdy dźwięk, pomruk, czy odgłos jest przykładem na obecność geniuszu. Nie spali nocami, zapomnieli o rzeczywistości i może wpędziło ich to w kilkunastomiesięczną depresję, ale zaowocowało niespotykaną symetrią.

"Będzie ta recenzja, czy nie?". Powiedzmy, że coś na kształt. "Airbag" jest pierwszym fragmentem w twórczości zespołu, który nie jest piosenką. Bardziej kolaż dźwiękowy, poszczególne jego elementy dopełniają się i wtedy może ktoś przy tym, choćby ja, poczuć ciarki. "Paranoid Android" uważam wciąż, od roku 97, za najdoskonalszy rockowy utwór i zdania nie zmienię. Jeśli istnieje kwintesencja rocka, to w tych sześciu minutach jest ona zawarta. Jeśli ktoś twierdzi, że uwielbia rock i nie słyszał "Paranoid Android", to znaczy, że nie uwielbia. Dalej, "Subterranean Homesick Alien" pływa w powietrzu, przy "Exit Music" i "Let Down" sięga się po paczkę z chusteczkami, a zakończenie "Karma Police" jest jednym z niewielu momentów prawdziwego wyzwolenia. Widzę nauczycielkę od polskiego płaczącą przy "Fitter Happier" i młodziaka doznającego objawienia przy "Electioneering". Widzę siebie pokrytego gęsią skórką w finale "Climbing Up The Walls" pewnego jesiennego wieczora. (Mówię o wrzasku końcowym, rozrywa mnie na strzępy.) Widzę setki profesorów, którzy zajmują się "problemami codzienności", załamujących ręce przy "No Surprises". Widzę fale elektryczne przy brzmieniu jęku gitarowego w "Lucky". I widzę wszystkich słuchaczy wątpiących podczas "The Tourist": "może naprawdę należałoby zwolnić, to życie tak pędzi".

Przekaz liryczny Ok Computer też miał wielu analityków. Bodaj najbardziej spodobało mi się stwierdzenie, że teksty Yorke'a oddają neurozę i znieczulicę, jakie ogarnęły człowieka doby komputerów, ale i tak, jakże odległa jest to wykładnia od tego, co tak naprawdę się rozumie w tych słowach. Jak mam na przykład wytłumaczyć geniusz wersu: "In a fast German car / I'm amazed that I survived / An airbag saved my life". Suma tych wyrazów to mniej, niż konfiguracja, w jakiej zostały ułożone. Podobnie "Kicking squeeling gucci little piggy", właściwie nieprzetłumaczalne i nie podlegające interpretacji. Albo "Don't get sentimental / It always ends up drivel", to samo. Mówiono, że to najlepsza diagnoza swoich czasów. Ludzie byli już tak zdołowani i wyczerpani, że musieli poczuć przesłanie Ok Computer. Musieli, nie musieli, w gruncie rzeczy wciąż jest dla mnie tajemnicą powszechny odbiór albumu. Złapać się na klimat Ok Computer nie było trudno, ale doszły jeszcze te wszystkie rankingi i plebiscyty. Po raz pierwszy głosowano poprawnie. Nie zaprzeczę, jak ktoś powie, że to ten jedyny przejaw rocka. W dodatku zainspirował w ciągu tych kilku lat dokonania mnóstwa wykonawców, w tym takie dzieła, jak Moon & Antarctica Modest Mouse, czy The Sophtware Slump Grandaddy. No i nas tutaj, do zajmowania się muzyką na poważnie.

Borys Dejnarowicz    
11 marca 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie