RECENZJE

Radiohead
Kid A

2000, Parlophone 10.0

Przekonuję do tej płyty kolejne osoby od momentu jej ukazania. Z różnym skutkiem. Niestety, są ludzie, którzy nie zmienią się nigdy. Którzy nie potrafią pokonać swoich uprzedzeń, nie potrafią się otworzyć, którzy nie lubią nowości, wciąż szczelnie zamknięci w skorupie własnego, dawno już ustalonego systemu wartości. Czy przypadkiem takich reprezentantów społeczeństwa nie zwykło się określać mianem konserwatystów? Ale z drugiej strony, chyba niepotrzebnie się przejmuję. Bo z reguły konserwatyści charakteryzują się tym, że z rzadka modyfikują swoje poglądy. Czekałem na ten album z zapartym tchem przez dobre trzy lata. Codziennie, z drżącymi rękoma, sprawdzałem najnowsze wiadomości z sesji, która wciąż się przedłużała. To oczekiwanie przerodziło się wreszcie w coś, co można by nazwać mianem choroby: przez pewien okres czasu, bezpośrednio poprzedzający wydanie albumu, nie myślałem już o niczym innym. Aż wreszcie nadszedł ten moment, 2 października 2000 roku. Rankiem, rezygnując z zajęć (które, szczerze mówiąc, mało mnie akurat tego dnia interesowały) w jednej z warszawskich instytucji "ogólnie kształcących" młodzież, nabyłem tę płytę. A około godziny jedenastej znajdowała się już ona w odtwarzaczu, podczas gdy ja, ze słuchawkami na uszach, w napięciu oczekiwałem, co też usłyszę, kiedy nacisnę magiczny przycisk "play".

I praktycznie od tych pierwszych, ślicznych dźwięków elektrycznego pianina, od których zaczyna się "Everything In Its Right Place", utwór otwierający Kid A, wszystko powinno być jasne. Dla tych, którzy kochają głos tego człowieka. Którzy oczekują od muzyki czegoś więcej; czegoś, co trudno jest wyjaśnić słowami. Którzy wreszcie wymagają od swoich ukochanych artystów ciągłych poszukiwań, ambicji i odwagi. Mógłbym tutaj bez końca opowiadać o istocie owego piękna, które wręcz emanuje z tego dzieła. Mógłbym rozczulać się nad różnymi barwami głosu Thoma Yorke'a, zawsze tak samo cudnymi. Mógłbym nawet, choć nie wiem, czy ktoś chciałby to czytać, opisać odczucia, które towarzyszyły mi tamtego dnia, zaraz po pierwszym przesłuchaniu Kid A. Ale nie, nie zrobię tego. Tymczasem, gwoli formalności, wspomnę tylko o genialnym, transowym riffie basu (najwybitniejszy motyw na tym instrumencie w historii) w "The National Anthem", o lirycznej atmosferze, popartej wspaniałą orkiestracją w "How To Disappear Completely", a także o prawdziwie mistrzowskim tercecie gitar w "Optimistic". Przywołam również falujące pejzaże, wyczarowane tylko z prostego motywu pianina i opadającej progresji gitary w "In Limbo". No i nie powinienem zapomnieć o wstrząsającym finale "Morning Bell", ułożonym precyzyjnie z różnych, dopełniających się elementów.

I w sumie mógłby to być już koniec tej recenzji. Ale jest jeszcze jedna sprawa. Owi konserwatyści, którzy pojawili się na początku tego tekstu. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie względów, wraz z pojawieniem się Kid A na półkach miała swój początek jakaś przedziwna nagonka na tę płytę, jakiś amok, który przy całym moim zachwycie nad albumem, pozostawił we mnie pewien niesmak. Wiem, nie powinienem się przejmować. Ale gdy słyszę niektóre wypowiedzi na temat tego wydawnictwa, to robi mi się po prostu niedobrze. Nic wszak dziwnego, skoro przypominają one majaczenia osób chorych umysłowo. A najgorsze, że dotyczy to, zarówno u nas, jak i na Zachodzie, autorytetów w temacie, których niedorozwinięte spostrzeżenia kreują często powszechne opinie. I wcale nie mam tu na myśli tych recenzentów, którzy uważają Kid A za słaby album. Nie, z nimi nie będę nawet polemizował, zalecam po prostu specjalistyczne badania uszu, i tyle. Natomiast jest cała grupa dziennikarzy, oceniających tę płytę na najwyższe noty, ale wypisujących jakieś okropne bzdury o tym, że Kid A jest "trudne do zrozumienia", "zajmuje ponad 30 przesłuchań pełne zgłębienie tej tajemnicy", oraz że "konia z rzędem temu, kto zrozumie ten album", za wszelką cenę próbujących zrobić z Kid A jakiegoś dziwoląga. Otóż kochani panowie recenzenci. Opamiętajcie się i nie róbcie czytelnikom wody z mózgu. To nie jest żaden Lutosławski. Ani zwariowany yass Mazzolla. Ani nawet Metal Machine Music Lou Reeda. To muzyka, która poraża swoim pięknem od samego początku. Wystarczy dać jej szansę i obowiązkowo nałożyć na uszy słuchawki.

Kid A jest płytą, która nie może otrzymać innej oceny niż maksymalna. Niezależnie, czy wyciągać średnią z poszczególnych utworów, czy tez oceniać jako całość. Bo ta płyta jest jak pomnik – doskonała w swej formie i przytłaczająca w treści. A że nie wszyscy dają się do tego przekonać... Co ja im na to poradzę.

Borys Dejnarowicz    
25 lipca 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie