RECENZJE

Radiohead
Amnesiac

2001, Parlophone 9.6

Przed napisaniem tego tekstu zastanawiałem się długo, jakie słowa i kryteria powinny być użyte przy komentowaniu ostatnich dokonań Radiohead, by z jednej strony oddać należną im cześć, a z drugiej natomiast nie popaść w grafomanię. Jak opowiedzieć to, co tworzą ci artyści, jednocześnie nie posługując się wytartymi wyrażeniami. Jak mówić o albumie Amnesiac bez stosowania takich przymiotników, jak: piękny, nowatorski, oszałamiający. I przyszło mi do głowy, że jedyny na to sposób to przestać traktować zjawisko pod tytułem Radiohead w kategoriach grupy ludzi, którzy zebrali się razem by grać muzykę. Którzy wydają kolejne piosenki w celu zarobienia na następny bochenek chleba. I którzy raz na kilka miesięcy muszą pojawić się w MTV, żeby przypomnieć o swoim istnieniu na rynku. Koniec z tym, raz na zawsze. Nie wiem, albo są to geniusze, jakich świat nie widział, albo kolesie opanowali metodę dźwiękowego przekazu podprogowego.

Amnesiac rozpoczyna się ponad półminutowym, rytmicznym uderzaniem w blaszaną puszkę, której wtórują jednostajne dźwięki syntetycznej perkusji. I wtedy wchodzi ten motyw. Coś niczym pojedyncze klawisze w elektrycznym pianinie. Mogliby tak grać przez okrągłe czterdzieści minut, a i tak byliby najwięksi. Ale oczywiście nie, ci ludzie wciąż kombinują, klimat zmienia się tu co kilka sekund. Jest wszystko co potrzeba, byście zapomnieli, jak się nazywacie. Ta melodyjka was zaczaruje i nie uciekniecie od niej przez następnych parę tygodni. "Packt Like Sardines In A Crushd Tin Box". Tak będziecie się czuć. "I jumped in the river, what did I see? Black-eyed angels swam with me". A było to tak. Pewnego pięknego dnia Thom przyszedł do Jonny'ego i powiedział: "Słuchaj, zróbmy najwspanialszy utwór w całej historii muzyki". I zrobili. Zmieniali mu tytuł kilkakrotnie. Aż wreszcie jest. I do tego wybrali cacko na pierwszy singiel. Po raz kolejny zadrwili z całego przemysłu muzycznego. Do Kid A nie było singli. Do Amnesiac owszem. I znów nikt nie wie o co chodzi. "Pyramid Song". Dla tych, którzy nie płaczą przy tej melodii założyłbym z prywatnych pieniędzy fundację specjalnej troski.

Ale w jakim celu wymieniać po kolei tytuły? Obiecaliśmy sobie nie traktować ich jak pierwszego z brzegu zespołu, prawda? Równie dobrze można zacytować Thoma. "But there are trap-doors that you can't come back from". "Come on, come on, holy Roman Empire". "I could have sworn I saw a light coming on" – Nagroda Nobla dla Thoma za sposób, w jaki to śpiewa. "I want you to know" – dedykuję tym, którzy skarżą się, że nie ma już trzech gitar: otóż są. "Release me" – to już znamy z innej wersji. "Why don't you quiet down?" – absolut. Później słowa są zbędne. Nagle: "Tuc Ot Sderhs", ale od drugiej strony. A na koniec: "Once again". To co, że nie ma "smashing up her house again". I tak jest pięknie. Muzycznie, to nie jest ani rock, ani cokolwiek innego. Uwierzcie mi. Co z tego, że panowie sięgają też po tradycyjne instrumenty, jak gitara czy bębny. Stwórzmy odrębną kategorię, nie bójmy się. "Czego słuchasz? Rocka, trip-hopu, jazzu, elektroniki?". "Nie, wiesz, słucham Radiohead". Wszyscy ich słuchają. Ale świat dzieli się na tych, którzy ich tylko słuchają i tych, którzy dodatkowo słyszą. Yorke mówi, że zaraz będą nagrywać następny album. Ależ Thom, nagrywajcie.

Borys Dejnarowicz    
25 lipca 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie