RECENZJE

Radio Dept.
Lesser Matters

2004, XL 5.8

Odnoszę wrażenie, iż zespołom brytyjskim – zarówno z pochodzenia, jak również tylko z charakterystycznej przestrzeni brzmieniowej (Radio Dept. to, o dziwo, grupa ze szwedzkiego miasta Malmö) – rok w rok zapełniającym lukę średniego poziomu wydawniczego, powoli zaczynają nudzić się standardowe formuły grania pod rzesze zbuntowanych pseudo-nastolatków: emocjonalno-poduszkowe balladki pokroju Coldplay, czy też niegrzeczne, garażowe wybryki w stylu chłopaczków z The Libertines. Obecnie chyba najmodniejszym zabiegiem, mającym na celu, o ironio, "odświeżenie brzmienia" i wprowadzenie znikomych pozorów oryginalności, jest czerpanie garściami z, a czasem wręcz bezwstydne kserowanie sprawdzonych estetyk sprzed piętnastu-dwudziestu lat wstecz. Był już Kasabian, z kompletnie chybionymi aspiracjami przywrócenia światu niepowtarzalnego klimatu epoki Madchesteru, byli też The Killers, z ciut lepiej wykonanymi, ale ciągle nijak nie na miejscu synth-popowymi motywami kiczu lat osiemdziesiątych. Tym razem przyszła kolej na bardziej radykalny krok – sięgnięcie po shoegaze w swej najbardziej fundamentalnej i nietykalnej odmianie: prosto z głowy Kevina Shieldsa.

Jak łatwo się domyślić, bezpośrednie nawiązania, a raczej żałosne próby uchwycenia choć cząstki geniuszu Irlandczyków – w postaci bezbarwnych reminiscencji co bardziej melodyjnych tracków MBV – można na starcie zaliczyć do najsłabszych punktów albumu (vide "Keen On Boys" czy "Why Won't You Talk About It"). Na szczęście, w ramach widocznego zabezpieczenia, zespół nie rezygnuje z częściowo rozluźniających atmosferę, czysto popowych, akustycznych wstawek. W szczytowych dla Lesser Matters momentach shoegaze'owa mgiełka nieznacznie opada, dając wolną rękę melodyjnej instrumentalizacji i łagodnemu timbre głosu wokalisty. Chwilowe blaski tworzą kojące, folkowo zabarwione tematy ("Strange Things Will Happen"), poniekąd urokliwe brit-popowe opowiastki ("Where Damage Isn't Already Done" lub "1995") czy sporadyczne otarcia (również za sprawą z lekka banalnych, acz refleksyjno-nastrojowych tekstów) o elektroniczną melancholię Cold House. Przymykając ucho na fragmenty ochoczo profanujące wiadome dzieło, w pozornie bezczelnym, lecz chyba jednak szczerym "I-really-wanna-be-Kevin-Shields" stylu, uznać można debiut Szwedów za przyjemną w odbiorze, easy-listeningową płytkę na zimowy wieczór, ale koniecznie z dobrą książką w ręku.

Patryk Mrozek    
10 lutego 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja