RECENZJE

Queens Of The Stone Age
Era Vulgaris

2007, Universal 5.9

Nie będę ukrywał, że mam dla zespołu Josha Homme'a dużo szacunku i jeszcze więcej sympatii. Tak jak Rosja zaspokaja lwią część zapotrzebowania rynków europejskich na gaz ziemny, tak właśnie Królowe prawie całkowicie niwelują mój głód samczego, mięsistego rock'n'rolla. Bez pierdolenia i z przytupem.

QOTSA nie są ani specjalnie nowatorscy, ani wybitni, natomiast ich dotychczasowy dorobek pozwala zachować (umiarkowaną) pewność, że nie przydołują haniebnie przy kolejnej premierze. W końcu za żadną pozycję w dyskografii nie muszą się wstydzić. W telegraficznym skrócie: solidność z przebłyskami. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie, że od 2002 roku notują minimalną, ale jednak, tendencję wzrostową, czego dowodem niech będzie ich nowy krążek Era Vulgaris.

Homme kolejny raz stanął przed zadaniem w stylu mission impossible i kolejny raz wyszedł ze starcia obronną ręką. Na Era Vulgaris zespół nadal podąża ścieżką przy poprzedniej Lullabies To Paralyze. Tym razem jest jednak odrobinę bardziej przebojowo, spójnie i równo. Materiał utrzymany jest w psychodelizującym, pustynnym klimacie, nie brakuje jednak cieszących ucho melodii. W ogóle ten longplay nacechowany jest kontrastami. Szaleńcze, rwane riffy obok delikatnych zagrywek, energetyczne tło dźwiękowe i delikatnie brzmiący głos Josha (swoją drogą jest w jego sposobie śpiewania pierwiastek archaiczności), wyrzynki obok potencjalnych przebojów, chaos obok dobrze przemyślanych harmonii. Niebagatelną wartość stanowi fakt, że zespół nie pozostawia słuchaczowi ani chwili nudy, przez prawie 55 minut nie schodząc poniżej ustalonego od pierwszych sekund poziomu. A poprzeczka ustawiona jest wysoko. Może nie na Isinbajewą, ale na Fieofanową już na pewno.

Takimi najbardziej wartymi polecenia, szczytowymi punktami Era Vulgaris są otwierający "Turnin On The Screw" opartym o motoryczny riff zestawiony z wokalem jakby z drugiego planu, "Into The Hollow" czarujące przepięknie brzmiącą w refrenie gitarą, najlżejsze na albumie "Make It With Chu" z zarażająco chwytliwą melodią, zakamuflowanym gdzieś w tle klawiszem i wysoko śpiewanym refrenem (jeden z najlepszych numerów, jakie słyszałem w tym roku), zaczynające się zwiewnie, acz "straszące" zadziornym basem "Sature Up Your Future" zakończone wielowątkowym jazgotem. W sumie można by spokojnie wymienić tu całą tracklistę...

Na tej płycie jest moc. QOTSA stworzyli swój rozpoznawalny język rockowej wypowiedzi i chwała im za to. Toczy się ta muza potężnie jak drogowy walec, raz po raz kąsając wysmakowanymi barwami gitar i pozornie olewczym wokalem zza pulsującej ściany przesterów, głębokich basów i miażdżących bębnów. I czy atakują ścianą hałasu, czy starają się uderzyć w delikatniejsze tony, jak to mówił klasyk: "ręce same składają się do oklasków", bo poziom piosenko pisarstwa niezmiennie daje radę.

Powtarzam. Przełomu nie ma, ale przyjemnie się słucha. Prawda?

Marek Fall    
17 września 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja