RECENZJE

Quebonafide
Ezoteryka

2015, QueQuality 4.7

Dopiero siadając do pisania tego tekstu, zrozumiałem jego (przynajmniej częściową) bezcelowość. Każdy, kto w jakiś sposób śledzi bieżącą muzykę i mieszka w Polsce, zapewne zetknął się z panem raperem Quebonafide, a skoro już się z nim zetknął, to wyrobił sobie o nim jakąś opinię. Zresztą Kuba z Ciechanowa zawędrował aż do Teleexpressu, więc nawet twoja babcia mogła słyszeć o tym bohaterze polskiego erape. Dlatego, mimo wszystko, komentarz w tej sprawie wydaje się wskazany.

Przydałoby się parę słów o tym, co było. Otóż 2013 rok przyniósł nam dwa mixtejpy, na których Que pokazał się jako luźny jak loośne gatki, elokwentny raper z lekkością poruszający się po meandrach popkultury. Kawałki w większości były zaledwie ćwiczeniem stylistycznym, braggami w rozmaitych konwencjach tematycznych, dającymi niezłe pojęcie, dlaczego tak bardzo wymiatał na wolno. To, że nie miał nic do powiedzenia, niespecjalnie przeszkadzało, bo nie chodziło o nic więcej niż o rzucanie zabawnych, chwytliwych panczlajnów. I w tym Quebo bardzo dobrze się realizował. Oczywiście zdarzało mu się rzucić strasznie suche linijki, a także linijki strasznie głupie, których z litości nie przywołam. Niemniej jednak całkiem zrozumiałe było pokładanie nadziei w tym raperze, szczególnie, że ogromne wrażenie robił jego warsztat. Poza techniką (wielokrotnie), flow (jak najbardziej) Quebo mógł pochwalić się także znakomitą emisją głosu oraz dykcją (!). Poważnie – ¾ MC powinno udać się do logopedy. (Co jest zabawne, bo np. w wywiadach ich wymowa jest bez zarzutów. I z czego to wynika? Nie mam bladego pojęcia).

Things Done Changed? Nie do końca. Oczywiście, zmienił się background. Teraz Quebo nie jest już tylko jakimś raperem z dziwną ksywką, ale wpływowym graczem na scenie, który w zawrotnym tempie namnaża swój fanbase. Warto dodać, że jest to fanbase niesamowicie irytujący i okropnie namolny, niedający o sobie zapomnieć nie tylko na Facebooku, ale również pisanymi Caps Lockiem komentarzami na Youtubie, nie dopuszczającymi CZEGOKOLWIEK. Cóż, słuchaczy nie wybierasz. W kwestii samego rapu… Que w dalszym ciągu jest świetnym MC, posiadającym wszystkie składowe techniki i ogólnie rozumianego warsztatu. Zmieniło się jednak jego podejście do tego, co robi. Prawdopodobnie szerokie uznanie talentu dało mu moralne przyzwolenie na tworzenie głębokich kawałków, a sukces takiej "Euforii" pozwolił mu poczuć się kimś ważnym.

Ezoteryka jest wyjątkowo przydatnym tworem do przeanalizowania nie tylko samego autora, ale także kondycji polskiej sceny hiphopowej. Ten pierwszy, kompletny album ciechanowskiego rapera daje niezłe pojęcie o trendach obecnie panujących. Ale może, zamiast wyliczanki wszystkich kawałków po kolei, potraktuję sprawę bardziej całościowo, z naciskiem na to, dlaczego uważam tę płytę za rzecz bardzo z ł ą (a niekoniecznie bardzo słabą). Otóż każda piosenka przesiąknięta jest postacią Que, co mogłoby wydawać się w porządku, ale niestety – nie mogę pozbyć się wrażenia, że głównym celem tych kawałków, niezależnie czy utwór jest "rozkminkowy", czy "bangerowy", jest pokazanie słuchaczowi, a w domyśle zapewne całemu światu, zajebistości autora. Każde przesycenie tekstu mądrymi słowami ("Filozofia mi nic nie dała, Socjologia mi nic nie dała"? loool) w moich oczach jest desperacką próbą udowodnienia sobie własnej wartości. Bezcelowe w kontekście treści ubieranie wersów w grube szaty nadmiernej elokwencji razi tak bardzo, że wszystkie pozytywy stają się pioruńsko trudne do wychwycenia. Mam nadzieję, że tym przemyśleniem nie posunę się za daleko, ale chyba przyczyną może być cały ten etos wygrywania życia. Ten rap stracił całą swoją pierwotną przyziemność, łączność z codziennością. Nie ma tu żadnych ulicznych opowieści, absurdalnego/głupiego humoru, błyskotliwości prostych myśli, potknięć w podróży do sklepu. Jest tylko to, co wypełnia życie Quebo – seriale, koncerty i zabawy za grube hajsy. W dwóch słowach: dostatnie życie. Właśnie przez to wspomniane wcześniej kawałki rozkminkowe rażą sztucznością oraz ogromną pretensjonalnością i to wcale nie dlatego, że bohater dobrze sobie poukładał sprawy, więc problemów natury emocjonalnej mieć nie może (bo czy to nie z tego kontrastu wynikała niesamowitość dajmy na to Biggiego? no właśnie). Wszystko jednak wydaje się być tak bardzo na siłę, że czasem jest mi zwyczajnie przykro.

Chyba najlepiej bronią się kawałki, które nie udają, że są czymś więcej, niż są w istocie. Takie "Ciuchy, kobiety…" czy "Trip" są najzwyczajniej sympatyczne i nie mam przy nich uczucia owijania w bawełnę, a tym bardziej poliester. Z drugiej strony mamy np. tragiczne moralizatorstwo (co to za patent w ogóle, to miało być śmieszne?) "Paulo Coelho" czy ckliwość na poziomie Muzyki Emocjonalnej Pezeta w "Tarocie" czy "Vanilla Sky".

Płyta ta jest ważna i opisuje obecną kondycję hip-hopu nie tylko ze względu na jej gospodarza, ale też dlatego, że daje okazję na szerokie spojrzenie na scenę producencką. Que do produkcji wynajął wielu różnych beatmakerów i to zarówno tych młodych kotów, jak i tych bardziej doświadczonych i z dłuższym stażem. Essex, jednen z ciekawszych obecnie hiphopowych producentów w Polsce, dał bardzo ciekawy podkład, niestety nieco spartolony przez Quebo. Uśmierzająco nudny ka-meal usypia dalej, a newschoolowa sieczka Chrisa Carsona mimo barbarzyńskiej bezpośredniości jednak trochę buja. ”Harry Angel” ratuje jedynie Soulpete swoim świetnym, klasycznym bitem w stylu wojenno-terrorystycznym. Matheo jednak nie dał rady ocalić ”Voodoo”. Generalnie jednak produkcja na Ezoteryce stoi na porządnym poziomie i obyło się bez większych wpadek (no może poza "Cierniami" czy "dziełem" Bobera). O gościach nie piszę, bo co można ciekawego o nich napisać? Są i większości realizują rapideologię gospodarza, niestety.

Dla pełnego obrazu Ezoteryki wypadałoby wspomnieć coś o bonusowym mixtejpie – Erotyce. Z tym, że w sumie ciężko powiedzieć o nim coś więcej, jeśli napisało się już tyle o pełnoprawnym longplayu, bo – nie dajmy sobie mydlić oczu – to jest praktycznie zbiór odrzutów z Ezoteryki, nawet jeśli w dosłownym sensie nimi nie są. Quebo znajduje się w tym samym miejscu, mówi o tym samym, znowu nagrywa kawałek o popularnym serialu (kiedyś ”Breaking Bad”, teraz ”House Of Cards”). Elokwentne nazywanie numerów przez przypadek wyśmiał sympatyczny duet Sławów w "Solipsyzmie", hostując ten materiał. No i jest parę remiksów piosenek z Ezoteryki (VNM z hashtagiem Gucci Mane – najlepszy moment), ale to tyle. Sytuacja bez zmian.

Wielokrotnie wcześniej pisałem, że powodzenie Quebonafide jest obrazem polskiego hip hopu A.D. 2015, ale nie wytłumaczyłem dlaczego. Objawia się to na dwóch płaszczyznach – z jednej strony jego sukces jest niepodważalny: w krótkim czasie zdobył olbrzymią liczbę fanów, cały czas poszerza swój zasięg i, z tego co wiem, Ezoteryka sprzedaje się bardzo dobrze (i to pomimo wcześniejszych wycieków). Koncertuje za sześć dych na minutę, jest szeroko lubiany – spoko, jak widać ludzie to kupują i z tego specjalnie nic nie wynika. Dużo groźniejsza jest druga strona medalu – poklask dla Quebo w jego środowisku. Nietrudno zauważyć, że od kiedy poniekąd rozdaje karty w rapgrze, to zaskarbił sobie szerokie rzesze ziomków. Teraz modne jest bujanie się z nim, rapowanie jak on. Co więcej, wprowadza on nowe pokolenie MC mu podobnych (takich jak ten cały przeklęty Guzior) na salony, co przyprawia mnie o bardzo duży pesymizm i z niechęcią przyglądam się rozwojowi sceny, którą, choć mogę się z niej śmiać i odczuwać żenadę, bardzo lubię. Jednak to tylko moje odczucia. Ty, Czytelniku, sam musisz odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jest to hip-hop.

Antoni Barszczak    
27 kwietnia 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie