RECENZJE

Puro Instinct
Headbangers in Ecstasy

2011, Mexican Summer 6.0

MH: Dziewczyny z Pearl Harbor zorganizowały sobie znajomych i przemianowały się na Puro Instinct. Na Headbangers In Ecstasy zarówno okładka jak i zawartość muzyczna to smaki waty cukrowej i zapachy różanych perfum. Stany niezdrowego, przeciągającego się rozmemłania i zmulenia. Ostatnio mam tego zanadto tuż po przebudzeniu, zatem preferowałbym więcej konkretu w takich przedsięwzięciach i więcej popu w dream popie. Jednak z drugiej strony obrana konwencja lubianą, modną i wdzięczną jest. W "Stilyagi" (to podobno radzieccy hipsterzy) zaznaczył swoją obecność wspomniany Ariel, a "Vapor Girls" to jakbym "When I'm With You" Best Coast słyszał. Niestety, poza rzeczonymi wybijającymi się trackami, treściowość protegowanych Ariela Pinka ma kłopoty z wynurzeniem się z odmętów obranej estetyki.

WK: Podążając za białym królikiem, siostry Kaplan mirażem hipnotycznych wirów zsunęły się w tunel wyściełany atłasową poszewką, chłodny seraj pełen cyjanowych i purpurowych odcieni snu. "Follow the Pink rabbit" byłoby nawet bardziej odpowiednie, jako że obie panie należą do szerokiego kręgu jego krewnych i znajomych. Efekt nie zaskakuje. Mamy twarze ukryte za woalką, krzywe zwierciadła, oniryczne echo na pełnych otoczaków mozaikach. Skoro iluzje tworzy Kenny Gilmore i R. Stevie Moore nie mogło być inaczej. Nakręcane mechaniczne ptaki rozpoczynają trele, rozsnuwając szereg kotar i zasłon, za którymi bakchantki-kaplanki serwują w kambuzie kolejne porcje ekstazy w blasku stroboskopów obijających miesięczną poświatę. Nieco bezrefleksyjne wykorzystanie tej sekwencji refleksów pewnie pojawi się jako ciężki zarzut. Kolejny: zbyt często zamiast oszołamiać zdarza się piosenkom oszołomić. Ok, Jewel i Shapiro robią to lepiej, ale całkiem niezłe pląsy udowadniają, że jak się ma szesnaście lat to już można.

ŁK: Dziewczyny z Puro Instinct zwróciły na siebie w tym roku uwagę gościnnym udziałem Ariela Pinka w "Stilyagi", które jest jednym z najsłabszych punktów ich albumu. To niezła dream-popowa ballada, ale dłuży się i ma zbyt mało wyrazisty refren. A są tu tracki, które serio robią wrażenie i w których właśnie ostry nóż songwritingu przecina estetykę i zgrzebne brzmienie. Perełki gotyckiego popu takie jak "Silky Eyes" i "Slivers Of You" gonią vintage'owych Siouxsie And The Banshees. Partia gitary w tym ostatnim tak bardzo odkurza styl Johna McGeocha z Banshees, że równie dobrze on mógłby to grać. "Escape Forever" i "California Shakedown" celują w bardziej nawiedzone elementy katalogu 4AD z lat 80. i osiągają cel (a mogłoby przecież wyjść coś jak z wytwórni Cleopatra!). A i tak najlepszy jest zamykający album "Luv Goon" ze swoimi zdawkowymi zwrotkami i epickim refrenem. Niestety nie wszystkie pomysły na Headbangers są w pełni ukształtowane – w "No Mames" na obiecującej, skradającej się warstwie rytmicznej z atramentowymi klawiszami w roli głównej Puro Instinct umieściły melodie wokalną niegodną strony C. Przy niewiele większym wysiłku, mogłyby spokojnie nagrać jeden z albumów roku.

RP: Dwie dziewczyny spotykają się. Aplikują sobie określoną chemię. Mija trochę czasu. Hej, zobacz, jestem elfem, patrz na moje uszy, widzisz? Mojemu Pony, wyrósł jeden róg, widzisz? Czujesz? Zagrajmy muzykę! Grają. Wokół roznosi się Cocteau Twins, Psychic TV, ale zarazem ciągle jesteśmy w Kalifornii, rok pewnie poprzedni: "Everybody's Sick". Trochę im schodzi. W fazie post także wydzielają spory pokład wyobraźni, tyle, że nie unoszą się aż tak. Faza post mianowana melodyjnym, żeńskim dream-popem nadal urzeka melodiami ("Lost At Sea"), gdzieniegdzie przystawiając więcej eighties-popu ("Slivers of You"), a wciąż mając niezłe prześwity czegoś klasowego ("Silky Eyes"). Wtem. Dziewczęta widzą postać. Hej, zobacz, przecież to Rosenberg, zaprośmy go, pomuzykujmy razem. Niewiele myśląc, z czystego entuzjazmu dziewczęta zaprosiły postać do swojego kręgu. Nie pomyślały ile mogą stracić. Nie wiedziały, że Rosenberg przysłoni ich marketingowo swoją melodeklamacyjną, smutną kopią kopii swojego wspaniałego "Trepanated Earth", w kilku słowach, po francusku, na odwal się. Nie wiedziały, że zostaną "protegowanymi", że na nic zdadzą się proste fakty, choćby ten, że przecież jako zespół brzmią czyściej, klarowniej, są bardziej rozmarzone, słowem – jednak inne. Nie wiedziały. Los wiedział. Przedsięwzięcie zaczęło powoli tracić parę, choć naturalnie z wyjątkami ("Escape Forever", "Luv Goon"). A może to już zmęczenie, już wystarczy wrażeń na dziś? Pora spać, bo tolerancja póki co wzrosła? Pozostał jeszcze prosty, a sprytny i przydatny zabieg poprzedzielania materiału skitami, które sugerują zmienianie programów radiowych/telewizyjnych. Przytomny pomysł, bo w łatwy sposób nadający zawsze jakiś tam dodatkowy kontekst, autokomentarz.

Zapewne wcale nie wyglądało to w ten sposób. Po coś jednak to napisałem. Z tym oto problemem i z tą w dużej części bardzo smaczną płytą – zostawiam was. Smaczną, bo gdyby okroić ją do EP-ki... kształt świata na pewno uległby zmianie, wody wystąpiłyby, a niebo spadłoby komuś na głowę; niebo w mikrogramach, w zapachach, w dźwiękach, niebo w dupie Maryni.

Radek Pulkowski     Łukasz Konatowicz     Wawrzyn Kowalski     Michał Hantke    
28 marca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie