RECENZJE

Purity Ring
Shrines

2012, 4AD 6.5

Były różne niezłe akcje, ale dzisiaj tworzą jedynie pole referencji. Niezłe akcje Clamsa Casino. Ma syn swoją szkołę klejenia bitu, którą da radę podłożyć pod słabiackie nawijki i zawsze będzie na propsie. Ale sorry Clammy, w tym się nie da zasłuchiwać. Niezłe akcje The Knife – choć pewnie brzmi to lekceważąco. Szotkholmskie rodzeństwo milczy i osuwa się w odmęty niepamięci, ale przypominamy sobie jak cztery razy skroili właściwie nie do skopiowania. Niezłe akcje Beach House. Chciałbym wielbić ich bezkrytycznie i nie przyznawać, że ostatnio to już zupełnie zafiksowali się w swoim rozmarzeniu. Lubię szlachetne nudziarstwo, ale następuje moment przesilenia i poczucie ułudy doprowadza do odtrącenia. Niezłych akcji The XX właściwie nigdy nie starałem się dostrzegać, ale w kwestii ich tempa, reminiscencji gotyckiej twarzy synth popu i krystalicznej przejrzystości brzmień, grają z Purity Ring w tych samych rozgrywkach.

Shrines, pomimo iż jest homogeniczne i nieurozmaicone, a tracki są do siebie podobne – co zresztą jest jedynym poważnym minusem płyty – to każdy z nich ucieka jednak od mdłości delaya i "hegemonii klimatu". Raz, że chwacko przycina synkopowany bicik, dwa że przenikają się bulgoczące sample wokalne i migotliwe synthy. Na tle pysznych podkładów tańczy i uwodzi Megan James. Dziewczyna samą barwą i luźnym podejściem do sprawy zostawia w tyle manieryzm Karin Dreijer Andersson. Generalnie to porównywanie do The Knife jest tak samo narzucające się jak i dezorientujące. Jasne, te szybko punktujące, wysokie tony szczególnie w "Anemany" i "Belispeak" poprowadzone są jak u Szwedów. Dochodzi tu również patent generowania charakterystycznego zapowietrzenia wokali – zarówno tych wprowadzających melodie, jak i sampli nadwątlających teksturę. To są tylko techniczne podobieństwa, warto tymczasem kierować uwagę na umiejętne budowanie własnego kontekstu przez Kanadyjczyków.

Corin Roddick – jak bardzo on wygrywa, jak przełamuje efemerydę konwencji wykorzystania środków wyrazu witch house'u, synth-popu i różnych future-gradientów. Subtelne pompowanie sampli wokalnych, zastosowanie syntetycznych trapów zgodnie z obowiązującym w całym post-dubstepowym świecie trendem, wypolerowane ze smakiem klawisze i czysty, słodki, ale nieprzesłodzony (to niezwykle ważne!) wokal Megan James sprokurowały sytuację, że mówimy oto o płycie oferującej zwyżkę jakości w świecie błądzącego po dubstepie indie popu. Odbieram Shrines jako sygnał wielkiego potencjału, ale myślę, że ten zdecydowany, posuwający pop w nowe rejony krok dopiero nastąpi. Póki co do fantastycznej pierwszej trójki tracków dołożyłbym "Saltkin" spod indeksu ósmego i patrzył jak buzuje i kipi bezbłędny minialbum.

Michał Hantke    
9 sierpnia 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie