RECENZJE
Punch Brothers

Punch Brothers
The Phosphorescent Blues

2015, Nonesuch 6.7

Na pewno znacie te sceny kończące czasem odcinek serialu – podsumowujące sekwencje ujawniające podstawowe problemy, jakimi obarczone są poszczególne postacie. Patrzymy na pijącą wino, rozbawioną dowcipem towarzyszącego jej mężczyzny kobietę. Cięcie. Teraz widzimy nieszczęśliwie w niej zakochanego głównego bohatera, wpatrującego się z zadumą w pustą, oświetloną jedynie samotną latarnią alejkę. Cięcie. Napisy końcowe. Co pozostaje? Oczywiście potęgująca emocje muzyka. Niestety, mimo tego, iż stanowi ona integralny komponent , to często, pozbawiona środków filmowych i zbudowanego wielogodzinnym oglądaniem przywiązania do fikcyjnych bohaterów, okazuje się wydmuszką. Ckliwe smyki i wzruszające pasaże fortepianu jawią się jako wskaźniki sygnalizujące chęć wywoływania pożądanego nastroju, ale wobec braku głębi siła przekazu wyraźnie maleje.

Tworzenia właśnie takiej muzyki, opartej na mało wyszukanych schematach i pozbawionych subtelności emocjach, chce unikać lider Punch Brothers Chris Thile. Podczas wywiadu przeprowadzonego z okazji otrzymania przez niego grantu MacArthura ujawnił, że poszukuje równowagi pomiędzy tym, co wewnętrzne, instynktowne, a przemyślanym i uporządkowanym konstruowaniem muzyki wynikającym z doskonałej znajomości materii dźwiękowej. Jako przykład dzieł, którym udało się to osiągnąć, podaje "Sonatę na skrzypce solo" Béli Bartóka oraz… album Surf’s Up Beach Boysów! I jak go nie lubić? Dodając do tego upodobanie do coverowania Radiohead, bez większych wątpliwości mogę mu przyznać tytuł naczelnego mandolinisty Porcys.

Styl Punch Brothers polega na inkorporowaniu do tkwiącego u podstaw tożsamości grupy bluegrassu elementów muzyki poważnej, jazzu, ale też typowo piosenkowej chwytliwości. Istotne jest to, że utwory zaaranżowane są z takim wyczuciem, iż nie ma zagrożenia, że słuchacz poczuje się jak na koncercie rockowego zespołu z gatunku [Tu wstaw nazwę przebrzmiałej kapeli] Symfonicznie. W najpiękniejszych fragmentach ich twórczości melodie wygrywane na mandolinie przez lidera stanowią fundament kompozycji, konsolidujący oplatające go liczne warstwy foniczne. Przywołać tu można asocjacje z pejzażami Moneta z Belle-Île czy obrazujące przeżycia bohaterów ujęcia morza z filmów Epsteina – wszystkie te dzieła wyrażają nieskrępowaną siłę natury i podszytą niepokojem refleksję. Porównania z prądami impresjonistycznymi nie są przypadkowe. Skojarzenia związane z poważką w twórczości Punch Brothers zwykle kierowały słuchacza w stronę muzyki przełomu XIX i XX wieku, co zostało uwydatnione na najnowszym albumie poprzez wzięcie na warsztat prowadzących w modernizm kompozycji Debussy’ego i Skriabina.

Przejdę teraz do najważniejszej moim zdaniem części The Phosphorescent Blues, czyli otwierającej go ponad 10-minutowej suity "Familiarity". Panowie próbowali już w przeszłości zmierzyć się z tak rozbudowanymi formami, czego efektem prawie trzy kwadranse czteroczęściowej kompozycji "The Blind Leaving the Blind" z 2008 roku. Zamysł był ambitny, lecz zabrakło spójności, ale też po prostu fragmentów dostarczających czystego piękna, z którym możemy obcować dzięki nowszemu z dzieł. Otwierające go zwiewne arpeggia stanowią pomost do powoli się rozwijającej i bardziej rytmicznej części, która w momencie kulminacyjnym stanowi doskonały przykład ukazania się Punch Brothers jako zespołu przenoszącego bluegrass na grunt muzyki kameralnej. Następnie objawia się najbardziej imponujący z odcinków. Urocze, podebrane Brianowi Wilsonowi wokalne harmonie prowadzą do przejmującej instrumentacji wyznania miłosnego. Na tego typu monumentalnych aspiracjach łatwo się wyłożyć. Thile być może przeczuwa, że dalej już nie zajdzie, więc w obliczu kompozycyjnego sukcesu postanawia trochę przyhamować, kończąc utwór zdecydowanie bardziej stonowaną kodą.

"Familiarity" dość wyraźnie przyćmiewa resztę płyty. Nie oznacza to jednak, że brak na niej udanych indeksów. Stylowa ballada "Julep" porzuca rozmach na rzecz nastrojowości, zachowując przy tym walory melodyczne. Gorzej prezentują się prostsze numery, takie jak singlowy "I Blew It Off". Typowo piosenkowa formuła z nastawionym na przebojowość refrenem razi banalnością na tle bardziej spektakularnych dokonań grupy. Z najsilniej popowych fragmentów najlepiej wypada zadziorny "Magnet". Zaprzęgnięcie używanego przez Punch Brothers instrumentarium do nadania luzackim riffom posmaku indie sprawia, że wyróżnia się on z otaczających go na trackliście najnudniejszych kawałków, z których "Boll Weevil" jest typowo bluegrassowym standardem z męczącą pulsacją. Na albumie z tak wyszukanymi utworami jest on zwyczajnie zbędny. Pod koniec zespół wraca do bardziej interesujących stylistyk, jednak mimo że każda z trzech zamykających krążek piosenek ma w sobie zalążki czegoś dobrego, to z żadnej nie udało się grupie w pełni wydobyć blasku.

Mimo rozbudzonych openerem oczekiwań, które nie zostały w pełni zaspokojone, nie mogę powiedzieć, by The Phosphorescent Blues był dla mnie rozczarowaniem. Chris Thile i spółka po raz kolejny udowodnili, że wiedzą, co robią, a to, że obierane przez nich kierunki nie zawsze trafiają w moje gusta, to pewnie w większym stopniu mój problem niż oznaka jakichś braków w ich umiejętnościach muzycznych. Po raz kolejny znalazłem na ich albumie coś, do czego wielokrotnie będę jeszcze powracał (w przypadku poprzedniej płyty Who’s Feeling Young Now? było to "Don’t Get Married Without Me") i jestem przekonany, że korzystając z przyznanego mu "grantu geniuszy", Thile będzie mógł podążać za swymi artystycznymi ambicjami i jeszcze nie raz mnie zachwyci.

Piotr Ejsmont    
27 lutego 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy