RECENZJE

Psychocukier
Małpy Morskie

2007, Love Industry 5.2

Organizacje ekologów alarmują, od momentu pojawienia się materiału Psychocukru do uwiecznienia go na oficjalnej płycie długogrającej wycięto setki hektarów lasów deszczowych, bezpowrotnie zniknęło pięć gatunków zwierząt i osiem roślin, jedna panda poroniła oraz żadna torebka plastikowa nie uległa biodegradacji, słowem trochę sobie poczekaliśmy. Prócz niepowetowanych strat dla naszej planety taki stan rzeczy rodzi następujący problem – jakiś taki niedebiutancki ten debiut. "Każdy medal ma dwa końce". Panowie mieli dużo czasu na pielęgnacje swojej cery do sesji zdjęciowych oraz swoich piosenek do umieszczenia na albumie, przez co jest on koncepcyjnie ogarnięty i trzyma się kupy jak chmara much. Psychocukier przygotował zachęcający aranżacyjno-produkcyjnie poczęstunek. Wszystko byłoby naprawdę git gdyby nie stłoczyli wszystkiego w samym narożniku stołu mikserskiego. Nikt wszak nie lubi sięgać przez cały blat po koreczki, to zawsze rodzi niebezpieczeństwo upaćkania mankietów w majonezie, przydało by się to jakoś racjonalnie porozkładać w przestrzeni. Koniec końców zabiegi studyjne ni jak mając się do typowo siermiężnych w tej dziedzinie dyskograficznych otwieraczy, z którymi mieliśmy przyjemność na rodzimej scenie niezalu ostatnimi laty. Równocześnie trudno tu o materiałowe zaskoczenia jako, że znaczna część z tej przecież skromnej, niewiele ponad półgodzinnej płyty, to kawałki z którymi okazji do zetknięcia się mieliśmy multum na przeróżnych koncertach, demówkach czy innych Internetach. Kluczową myślą tego akapitu pozostanie wszak wątek ekologiczny gdyż na polu muzycznym przytłoczona tu argumentacja to zaledwie przystawka do głównego dania jakim jest poziom materiału.

"Z tym oględnie mówiąc bywa różnie." – zdanie, którego przeróżne warianty, prześladują z nieubłaganą częstotliwością recenzje na naszym portalu niestety sprawdza się i tym razem. Niewątpliwie sytuacje ratuje skromna długość wizyty. Od progu wita nas przyjemny i ciekawie podany na modłę dyskotekową "Ametyst 104" (no właśnie gdyby nie ta płaskość brzmienia – perkusja, bas halo panie realizatorze co jest?) dalej uroczy pogański napierdalator "Harry J". Tu wycieczka przystaje, proszę spojrzeć w lewo i zwrócić szczególną uwagę na bas Piotrka "Deuce" Połoza, nie jest przypadkiem, że co lepsze kawałki Psychocukra charakteryzuje właśnie umiejętne prowadzenie tego instrumentu, jak kiedyś spiszą te akordy w kajecik i wydadzą w najlepszych księgarniach na terenie całego kraju trzeba będzie tę pozycję opatrzyć banderolą – wysokoprocentowe gówno. Pierwsze wrażenie pozytywne, problemy zaczynają się gdy zapraszamy gości do salonu na przysłowiową herbatkę. Tutaj wychodzą już niestety pewne braki w treści, niemożność nawiązania zajmującej dyskusji, braki w ogładzie. Ogólnie przypadłość scharakteryzowałbym jako przeciętne stężenie ciekawych pomysłów na metr kwadratowy kawałka (no może oprócz niedorzecznie niesinglowego singla "Orbison" i dłużącego się "Asfendyklis" którym mówię głośne i zdecydowane: "zdupczać mi stąd"). Przeważnie jest to pojedynek do pierwszej krwi. Pojawia się fajny motyw i możesz być pewny, że do końca kawałka nikt nie dorzuci do pieca nic ponad konwencjonalne kompozycyjne zabiegi nakierowane na przetrwanie we względnej stylistycznej harmonii.

Materiał spowija mgiełka absurdalności roztaczana głównie przez teksty tąże niedorzecznością broczące. To, wraz z garścią momentów stricte muzycznych, karze zwrócić wzrok w stronę typowo polskich korzeni w rodzaju Pogodno, a może nawet Ścianki, a może nawet Kobiet itp. Mnie to tam specjalnie nie razi, wszak Polakiem jestem i nic co polskie nie jest mi obce. Taki stan rzeczy odcina ich od post nowa-rockowa-polucja gitarowej młodzieży co mnie osobiście cieszy i za co całkowicie stronniczo i subiektywnie mają u mnie fory. Poza tym takie zawieszenie między "nowym" z racji daty, a "starym" poprzez jakiś tam wspólny mianownik stylistyczny z klasykami polskiej sceny alternatywnej budzi pewien dreszczyk emocji. Trudno powiedzieć w którą stronę się to wszystko rozwinie... I dobrze.

Weźmy na przykład taką wyrwę w krajobrazie krążka – oniryczny hymn na cześć przyjaźni polsko francuskiej "Syreny". Fajnie i miło, że Psychocukier grzebie po różnych szufladach zwłaszcza, że wychodzi im to naprawdę przyzwoicie. Tym niemniej już tak to sobie ułożyłem w mojej wyobraźni, że panowie powinni dostarczać chwytliwych wysokooktanowych wyładowań atmosferycznych w konwencji power trio-psychodelic-hard-wypizgatorów, od grania których na wąsach frontmanów pojawią się ognie św. Elma. Ale jak mówię nie jest to nic czemu nie może zaradzić następny długograj zespołu, miejmy nadzieje z nowym "nowym materiałem". Nie chciałbym, by moja teoria "ciekawe influences na MySpace = interesujący polski zespół" sczezła zanim w ogóle zdążyłem ją upublicznić i opatentować.

Paweł Nowotarski    
2 sierpnia 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie