RECENZJE

Psychocukier
Królestwo

2011, Antena Krzyku 6.7

Wiadomo, że nawet po erze małyszomanii cała Polska nosi wąsy. Właściciele takich twarzowych fryzur znani są z wybujałej seksualnej fantazji, cholerycznego usposobienia oraz rozrosłej w bok szarmanckości, która upodabnia ich do rzucającego kuflem ”na tę panią” Begbiego. Nie ma w tym przypadku – większość dobrych muzyków w naszym kraju potrzebuje wąsa by ukryć swoje niecne zamiary. Nie inaczej z Psychocukrem. Zawartość wąsów 66,6%. To znacząca cyfra, zwłaszcza, że gdzieś wśród ulubionych artystów Piotra Połoza przewija się Lemmy, a całość zarejestrowano w studio imienia ”tego gościa” o demonicznym uśmiechu. Nie pozostaje więc nic innego jak pokręcić ten wąs.

”Grzechotnik” zaczyna. Niech grzechocze do woli. Psychocukier nie słodzi, a powracając po trzech latach, serwuje prawdziwie surowe mięso, bardzo spójne, ledwo odchodzi od kości. Myślę, że to może zagryźć. A jeśli tak - pretensję miejcie do siebie, bo ten utwór przywołujący klimat niezłego haju pośród teksańskiej pustyni, zdaje się ciągle ostrzegać: ”look bitch, you knew I was a snake”. W tym Królestwie król jest nagi, lecz nie bez powodu. Rzucając wszystkim wokół zwierzęce i obłąkane spojrzenie, pragnie rozpętać prawdziwą ”Dzicz”. Ktoś tu nigdy nie słyszał o Sonc Youth i Velvet Underground? Ok., może…Ale Raw Power nadal stoi na najwyższym stopniu podium. Jest coś na rzeczy. Kilka miesięcy po ”Shifting The Night”, kolejny polski zespół wyraźnie wsłuchuje się w klasyków rzeżących gitar. Recepta łodzian jest jednak nieco inna. Brzmienie bardziej chłodne i metodyczne. Korzystając z najlepszych wzorów, budują hipnotycznie brzmiący monolit. Regularna jak automat perkusja przez większość czasu rozpracowuje różne post-hardcore’owe smaczki poupychane pomiędzy prawdziwie stoogesowsko-rżnące hooki. Nie jest to album eksperymentalny. Można śmiało powiedzieć, że cukier wykrystalizował. Dzięki temu płyta zyskuje na spójności, lecz traci część niezobowiązującej atmosfery poprzedniczek.

A jednak w dalszym ciągu nic nie jest na poważnie. Wąsy, lumpy, grupen sex. Panowie stale mrugają do nas okiem, a cały ten zbiorowy stosunek poprowadzony jest (ekhm) z jajem. Wszystkie teksty tym razem w ojczyźnie-polszczyźnie potrafią skutecznie, gdy to potrzebne, rozpuścić chmury hipnotycznych oparów. Weźmy dla przykładu ”Maczetę Rębajły”. Wiedźmin nie był rębajłą – napisano kiedyś na okładce, natomiast ”Thorgal w piekło krzyżem bił”, wiec już by się kwalifikował. Potężny perkusyjno-gitarowy łomot poprzedza zgrabna analiza socjopolityczna: ”mieszkam w miejscu, mieszkam tu, gdzie chuj chujowi chuja w chuj”. Celne i zabawne. Ktoś zarzucał tej płycie brak refrenów? A komu to potrzebne, gdy zwrotki nie wychodzą z głowy (z ucha?). Zresztą uwierzcie: ten szczegół szybko umyka, gdy jedzie się na ostrym kole, zawadiacko uśmiechając spod wąsa. ”Świat cały czas piękny jest/ mimo że kurczy się”.

Wawrzyn Kowalski    
24 października 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie