RECENZJE

Prurient
Bermuda Drain

2011, Hydra Head 6.1

To całkiem przetarta ścieżka, gdy zespół grający ekstremalną muzykę dokonuje nagle pełnej wolty stylistycznej. Jest coś takiego w otaczającej aurze, co każe spojrzeć na wszelkie zapowiadane wygładzenia przychylnym okiem. Zazwyczaj kończy się jednak wymiotnym ”pójściem w prog”. Bardziej kumaci biorą na warsztat post-rockowe przynudzanie, podniosły folk lub eksperymetnalne pływy i odpływy, spełniając się w różnych projektach, będących tylko odskocznią od właściwego uderzenia piącha w nos. Nie inaczej z elektronicznymi „odjazdami”. Ci co pamiętają, wiedzą: cała ”wielka trójka doom” (cudzysłów ciągle niezbędny) poszła tą drogą, choć wszyscy zaklinali, żeby nie szli. Był też biały królik Reznor, matrixowy szał po czerwonej pigułce, powrót rammsteinowych form wagnerowskich i właściwie można się zastanowić czy w tak naprędce złożonej stylistyce ktoś potrafił od czasów Godflesh poruszać się z choćby śladową gracją.

Okładkę Bermuda Drain zdobi zwój liny. Stojący w cieniu Prurient Dominick Fernow zawiesił na jej końcu swoje ultra noise’owe szelesty i szumy, by odważnie zrobić kolejny krok. Wystarczy porównać szatę graficzną: na Further Down The Spiral zwój rozwiązuje się w przeciwna stronę, lecz z nitką ”At The Heart Of It All” oraz majestatycznym pochodem syntezatorowych rogów i trąbek można podążać do kłębka. U kresu znajdą się mgławicowe purpury pejzaży nakręcające narkotyczną aurę przerywane palpitującymi siekańcami w rodzaju ”A Meal Can Be Made”. Te niepokojące dźwięki, czasem, jak ostatni film Gaspara Noé, rozedrgane i świdrujące, w ostatecznym rozrachunku nie oferują jednak tytułowej pustki. Wystaje niekiedy przesadny piercing i gotyckie wtręty w stylu VNV Nation, a widać też, że wzorem ziomków z Cold Cave także Prurient zachłysnął się zaczerpniętą z Plutarcha wiadomością: ”The Great Pan Is Dead” i, opiewając starych mistrzów gotyku, podkreśla swym karmazynowym cięciem, że czas sielskiej rozrywki ustąpił bezpowrotnie.

Podobnej rewolucji na nieco innym gruncie spodziewałem się w tym roku po Liturgy, którzy jednak nie mieli ochoty lub odwagi by wyjść na czoło kolumny. Swego czasu zagubienie w słynnym wyspiarskim trójkącie deklarował na Myspace Yoga, tworząc efemeryczną Megafaunę. Prurient gubi te nocne zmazy, wchodząc ostro jak nóż w wodę, udaje mu się jednak, z czego okolica słynie, zmylić także ślad wszystkich wymienionych nie najszlachetniejszych inspiracji. W taki sposób osiąga całkiem przyzwoite rezultaty, gdy pojawia się z oczywistym nawiązaniem, by po chwili znów zgrabnie zniknąć nam z radaru.

Wawrzyn Kowalski    
13 września 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy