RECENZJE
Proper Ornaments

Proper Ornaments
Wooden Head

2014, Slumberland 6.3

Furorę robi w Internecie historia pierwszego spotkania Maximo Clapsa i Jamesa Hoare, trzonu londyńskiego zespołu The Proper Ornaments. Otóż, jak donoszą faktoidy, dziewczyna tego pierwszego postanowiła ukraść buty ze sklepu, w którym ten drugi pracował jako asystent. Gdy tylko Hoare dowiedział się o fascynacjach Clapsa, solidarnie zdecydował przymknąć na całą sprawę oko. Jak widać wspólna miłość do The Velvet Underground i The Byrds potrafi przezwyciężyć nawet ciężar kleptomańskich zapędów i – co oczywiście już niezbyt zaskakujące – stanowić fundament dla wspólnego grania.

The Proper Ornaments, jak przystało na twór zawdzięczający swoją nazwę tytułowi piosenki występującej w latach 60., psychodeliczno-barokowej grupy The Free Design. Lubują się w sixtisowej psychodelii właśnie, ale w ich wykonaniu jest ona dodatkowo przepuszczona przez gitarowy przełom lat 80. i 90. Wyraźnie słychać echa indie rocka, grunge'u, a może nawet shoegaze'u. Sieć wpływów wygląda więc imponująco: od tych wspomnianych w poprzednim akapicie, a także wczesnych Floydów, Love i Bitli, aż po Jesus And Mary Chain, Pixies i późne Ride. Swoje odzwierciedlenie miała ona już na zeszłorocznej kompilacji Waiting For The Summer, zbierającej dotychczasowe dokonania zespołu, lecz dopiero teraz przy okazji debiutanckiego longplaya w pełni się krystalizuje.

Od razu zaznaczę, że – zgodnie z resztą z przyznaną oceną – Wooden Head to bardzo przyjemna płytka. Nie jakaś znakomita, niezbyt odkrywcza (a wręcz wtórna), nie będę do niej wracał, ale na tą chwilę słucham jej z niekrytym zadowoleniem. Swoją niespiesznością i lenistwem londyńczycy wpisują się w obficie obsadzony w tym roku nurt muzyki do rypnięcia się na hamak, stając w jednym szeregu z takimi tuzami niebieskoptactwa jak Real Estate, Woods czy Mac DeMarco. Pełno tu ładnych melodii i harmonii, czy wpadających w ucho, jangle-popowych zagrywek na gitarze, choć nie brakuje również tych skąpanych w przesterze. Najwięcej czuć chyba The Byrds. Recenzja Wooden Head, w której nie padłaby nazwa The Byrds, byłaby kompletnie niefachowa. W "Sun" mamy The Byrds z Pixies, w "Ruby" The Byrds z Simonem & Garfunkelem, w "Now I Understand" The Byrds z The Byrds i tak dalej, i tak dalej.

Można się oczywiście przyczepić o zbytnią łatwość w odczytywaniu kolejnych nawiązań ("Sunday Morning" vs. "Summer’s Gone", "Dear Prudence" vs. "What Am I To Do"), ale już wcześniej zaznaczyłem, żeby nie spodziewać się nowatorstwa. Na zdecydowany highlightem płyty wyrasta "Always There", w którym zalane słońcem, kalifornijskie harmonie Love spotykają wylajtowanie spod znaku Clientele, a poza tym tracklista jest raczej równa. Plusem nagrania jest również jego długość: trwa troszkę ponad 36 minut. Nie zanudza więc, ale to również dlatego, że pomimo ewidentnie spinającej całość, psychodelicznej klamry, kolejne kawałki wykazują sporą różnorodność. Krautowa motoryka "Stereolab" oferuje szczyptę art-popu, przestrzenne "You Shouldn’t Have Gone" prosi się o podpięcie pod przedrostek "dream", a w "Gone" JAMC grają high-schoolowy jam. Wooden Head spokojnie możecie polecić zarówno osłuchanym typom z otwartą głową, jak i purystom traktujących "klasyczny rock" jako jedyną akceptowalną formę muzycznej ekspresji. Uniwersalna płyta akurat na koniec lata.

Wojciech Chełmecki    
5 września 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja