RECENZJE

Probot
Probot

2004, Southern Lord 3.8

Wydawany jedynie w dwustu egzemplarzach i rozprowadzany spod lady nawet w Empiku, podziemny zin "Mroczny Nekrofil Ciemności" (numer z lipca 2004), przynosi mrożącą krew w żyłach historię pewnego recenzenta, na którego sataniści z Mościsk (dwuosobowy odłam sekty z Ciechocinka) rzucili klątwę za naigrywanie się z metalu. Ekskomunikowany nieszczęśnik z przerażeniem skonstatował, że w ciągu kilku dni na jego twarz powrócił młodzieńczy trądzik, a mózgoczaszka pokryła się długim, przetłuszczającym się owłosieniem. Zaczął unikać światła i zainteresował się informatyką (sorry Błażej), obuwie zmienił na glany, a garnitury na czarne koszulki z napisem "Anal Death" oraz "Saint Anger". Wchodząc rano do warzywniaka, prosił o "RAAAABAAARBAAARRR!!!". Nade wszystko jednak, jego gust muzyczny uległ daleko posuniętej atrofii.

Obłożony klątwą biedak rozpoczął mianowicie zupełnie niezrozumiałą dla ludzi z zewnątrz penetrację obszarów quasi-harmonicznych znanych jedynie nielicznym śmiałkom. Zabagniona Kraina Czadu leżała hen na odległej równinie, poza limesem luźnego noise'u, na krańcach ekstremalnych wersji hardcore'u, wstrząsana finezyjnymi motywami pneumatycznych młotów, dwusuwowym wymiotowaniem i nieartykułowanym chrypieniem. Chłopak coraz bardziej pogrążał się we własnym świecie, klasyfikując ów hałas sobie tylko znanymi etykietami: "speed metal", "death" czy też "doomowe męczenie węża". Niektórzy wytykali mu głuchotę i autyzm, inni doceniali finezję w różnicowaniu brzmień ledwie na podstawie niewielkich zmian w ustawieniach przesteru. Dobrzy przyjaciele dostrzegali w nim jeszcze widmo człowieka z dawnych czasów, kiedy sporadycznie, przy balladach Metalliki, do oczu napływały mu łzy.

Mimo, że wyraźnie gasnął, nie stracił całkowicie wyczucia melodii. Szczęśliwie, w sukurs przyszedł mu debiutancki projekt sygnowanej przez samego Dave'a Grohla kapeli o nazwie Probot. Naładowany plejadą jak bombonierka czekoladą, Probot wspomagany jest między innymi przez Maxa Cavalera (Sepultura, Soulfly), Kinga Diamonda i Lemmy'ego (Motörhead). Trudno powiedzieć, czy to właśnie goście, czy sam mastermind projektu zapewniają na płycie pewien poziom materiału. Istotniejszy jest raczej fakt, iż lektura Probota jest sprawą jak najbardziej do przełknięcia nawet dla ambitniejszego słuchacza, a pozytywnym efektem ubocznym recepcji dzieła, w kręgach zatwardziałych długokłakich, może być ich sprowadzenie na drogę melodii. W kawałkach takich, jak "Ice Cold Man" czy też "My Tortured Soul", przy odrobinie dobrej woli da się nawet wyróżnić ponadprzeciętne motywy. W szczególności dadzą się zauważyć wpływy klasyków tematu, takich jak Slayer, czy brazylijska Sepultura --------------we interrupt this programme---------by przerwać te bezproduktywne rozważania----------- i zezwolić na inferencję innych tworzyw językowych w obrębie recenzji--------------- dzwonek telefonu------- przejście do esencji konwersacji---------...

Redaktor prowadzący [z trudem utrzymując powagę]: "Z pewnością propozycja Probota zasługuje na docenienie jako wcale solidna (zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to metal). Mimo wszystko jednak, nie wrócę już do tej płyty".

Replika niżej podpisanego [gotującego się ze śmiechu]: "No cóż, ja również nie wróciłem do tej płyty [obustronny brecht].

Należy jednak zrozumieć, że przyczyny popularności metalu niekoniecznie wynikają z jakości muzyki. Metal jest nawet lepszy niż muzyka: to skonwencjonalizowany, znajomy hałas, którym można wypełnić pomieszczenie – demonstrując nastoletni bunt, wmawiając sobie depresję, zagłuszając nieudaną randkę, czy choćby z nudów. Metal daje poczucie wspólnoty, subkulturowej więzi z rówieśnikami, równie przerażonymi problemami dojrzewania, przełamuje izolację i samotność. Zresztą, teoria ta sprawdza się w przypadku niektórych innych gatunków...".------ Poza tym, wiecie. DEEESTRUUUAUUACTION!!! ROAR!! Coś w tym jest, czy tego chcemy, czy nie.

Tomasz Gwara    
6 października 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie