RECENZJE

PRO8L3M
Hack3d By GH05T 2.0 (EP)

2017, RHW / Warner 6.4

Dj Steez i jaskrawe synthy, zaczynamy grę w skojarzenia lokujące finalny produkt w przeestetyzowanej stylistyce Kung Fury; a z wejściem adrenalinowej igły basu połączonej z pełną charyzmy nawijką, kolesie udzielają przyśpieszonej lekcji, jak efektownie łączyć podkuty but z drzwiami, te ze słuchaczem, a to wszystko lecące z drzazgami, framugą oraz pobliskim okablowaniem – chłopcy... tak się składa konkretny, intensywny opener, jednocześnie kreśląc w miarę bezboleśnie cybernetyczną, lekko zbanalizowaną ekspozycje (ktoś tu wyraźnie przedawkował Black Mirror i Mr. Robota), umiejscawiając akcję nowego materiału wokół oddziaływania zero-jedynkowej przestrzeni, tworząc w ten sposób kontrowersyjną konceptualną ramę, wraz z konkretnym, może zdeczka kiczowatym klimatem.

"2#17" to po prostu strzał w pysk, wybuch w metrze, 3-minutowy dziennikarski news informujący, że będący na szczycie medialnej zajawki duet ponownie dostarcza nam coś, czym przez najbliższe tygodnie będzie karmić się, chuj, że nie sąsiad, ale cała Polska. Siła nadmuchanego hajpu? Raczej siła tego, że materiał w większym niż mniejszym stopniu pokrywa się z wygórowanymi oczekiwaniami – panowie nie zawiedli, jak zwykle rozbijając bitowy bank, przynajmniej na najważniejszych płaszczyznach, z drobnymi, niekardynalnymi potknięciami. Słowo na niedziele, na poniedziałek, na najbliższe kilka tygodni – Pro8l3m znowu ciepli, rozgrzewa, dewastuje. To już ugruntowana jakościowo marka, mimo tego, że i tak od startu było wiadomo, że dobrze znana oraz już niemal kultowa przeszłość najprawdopodobniej bezpowrotnie zdechła.

"Jakieś opowieści o hakerach na kiju wyciągnięte z jakichś lat 90., casus "2040", Oski byłeś bardziej spoko, gdy nawijałeś o osiedlowej patoli", stara śpiewka, nudna śpiewka, kończąca się oczywistym hiperłączem do Art Brut i wsadzaniem w każde zdanie "hehe, mam z nową EP-ką PRO8L3M". Można kręcić nosem, że tendencje z self-titled się utrzymują, a nawijka ponownie ze ścieżki naturalistycznego ulicznego storytellingu, przez bladerunnerowe zajawki, zmierza w stronę wydumanych społecznych akcji pod hasłem "bezpieczeństwo w sieci", zmieszanych z thrillerem drugiej kategorii, w którym siłę hakowania geeka w kratkowej koszuli obrazuje coraz mocniejsze, chaotyczne napierdalanie w klawiaturę (jak ładnie łączy się to z Fury) – można to wszystko zjechać, opluć, że to, no nie wiem – takie "niedojrzałe" artystycznie. Odtwarzanie pewnych mało wyszukanych popkulturowych tropów z Matrixem i Neo na czele, linijki kodu z ciemnej piwnicy zmieniające oświetlenie na skrzyżowaniu Montemadre. Kino katastroficzne typu Pojutrze kręcone przez gościa, który w przeszłości bezpretensjonalnie godzinami nawijał o sztukach, które zrobił – ale na co, po co – weźmy zluzujmy z przyzwyczajeniami i spróbujmy przyjąć z dystansem to, co w lekko sfabularyzowano-fantastyczny sposób tutaj zgarniamy.

Wiadomo, że przejście z prywatnych wynurzeń o wciąganiu mefedronu do kreślenia rapowej, trzecioosobowej, zaangażowanej quasi beletrystyki może purystów irytować, jawnie podpuszczając pod rzucanie oskarżeń o tandetę i pójście na łatwiznę. Jednak po powzięciu odpowiedniej perspektywy, pozbawionej potrzeby doznawania linijkowej iluminacji brudnymi prawdami ulicy, Molestową spuścizną, osiedlowymi akcjami, precyzyjnymi bon motami cytowanymi na każdej domówce – z przymrużeniem oka, skupiając się tylko na płynącej z płyty rozrywce, można całe te wydumane cyfrowe opowieści bez mrugnięcia kupić. W końcu wchodzimy tutaj w kwestie nadania zielonego światła dla koncepcji wychodzącej ze strefy komfortu szczerego/nieszczerego, introspektywnego strumienia świadomości (subiektywnie widzianego, urbanistycznego rap-świata nocnych klubów) na rzecz stworzenia wielkiej "narracji" i włączenia pod nagrywki bardziej uniwersalnej historii z jasno nakreślonym znaczeniowym i tematycznym ciągiem przyczynowo-skutkowym, zamkniętym oraz zespolonym logiczną klamrą – w końcu, co kto lubi, mnie się ta droga podoba, albo jarasz się, przystosowując się do nowych cybernetycznych warunków, albo odcinasz kabel od internetu, wylogowujesz się, wciąż sfrustrowany narzekając, paląc świeczki i składając krwawe ofiary pod Oskarowym artbrutowym ołtarzykiem, modląc się o powrót do korzeni.

Dobra, skoro odcięliśmy się od przeszłości, to teraz możemy połączyć najbliższe sobie kropki – self-titled a nowy materiał. Odtwórczość? Powiedziałbym, że sukcesywny progres i konsekwencja we wcześniej podjętej ścieżce, z dużo bardziej zagęszczonym, nieco bardziej chaotycznym, ale za to bardziej różnorodnym oraz intensywnym dźwiękiem Steeza. Pozytywnie, na plus zasklepiając, pewnego rodzaju pustki i spłaszczone momenty poprzedniego wydawnictwa, tym razem wchodząc w tak fajne rejestry producenckiego kunsztu, że lecą szczere propsy – jest zdecydowanie dynamiczniej, z większym naciskiem kładzionym na tworzenie gwałtownej i dzikiej dramaturgi niż misternie tkanej podniosłej konstrukcji tworzenia czegoś wielkiego. Do tego dołącza Oscar i co najważniejsze, nie odbiega od ustalonego wysokiego poziomu (no bo jak z taką charyzmą), nie staje się męczącym bagażem ewoluującego producenta. Trzyma swój stary, równy poziom, jednocześnie w swoim uliczno-junackim stylu, dając sobie spokojnie radę na trzech płaszczyznach: na tej czysto techniczno-formalnej, na tej lirycznej, a także, na tej kluczowej z punktu widzenia podjętej tematyki – na płaszczyźnie podtrzymywania gęstego klimatu spójnej sieciowej koncepcji.

To ostatnie widać w szczególności w "World Wide Web". Niezła plastyczność liryzmu – tak najłatwiej można mówić o słownym odtworzeniu kasandrycznej wizji upadku społeczeństwa i cyberprzestrzeni (niekoniecznie w tej kolejności). Może sklejona jest ona ze zbyt typowych porównań, klisz i banałów wyeksponowanych z przesadną powagą nieprzystającą do wagi słów (ruchy oporu, kamienie z bruku), z kilkoma przestrzelonymi linijkami w stylu "Z płonącego budynku obok unosił się dym gęsty jak nutella" – no cóż, co prawda Threads* to to nie jest, ale jednak wciąż, lekko luzując odbiór, niezwykle to wszystko zadowalające i jeszcze bardziej klimatyczne. No i jeszcze do całego tego obrazu katastrofalnej dewastacji, wchodzą nieźle korespondujące z warstwą liryczną, urwane, przesadzone synthy – coś, co może być ulokowane w atmosferze oldschoolowo-pegasusowej Contry; Jezu, jakie to dobre w swoim przesadzonym, wylewającym się z głośników testosteronie. Pełen chłód, w tym kroku, w tym spojrzeniu, w tym High Intercity Cardio, z Gwardią Narodową w tle – czaicie?

Contra, gry, games, E3, serio, jest też kawałek o Michaelu. Nie będę ukrywał, że w duchu parskałem biorąc poprawkę na to, jak Chaciński trafnie to wszystko wywróżył – może nawet stając się dla duetu głównym inspiratorem, poważnym trendsetterem, kreśląc słowa o tym, że wytworzone uniwersum "Molly", "Toastu", "777Moneymaker" to "wariację na temat lokalnej wersji Grand Theft Auto". No cóż, pomysł na niezobowiązujący kawałek pomysłem, ale mocno bolą i irytują te sample powzięte z "Wielka kradzież auta piątka". Może wykorzystanie nawiązań do jeszcze nie do końca traktowanego poważnie medium to wina i wynik naturalnej klątwy cytowania pierwszoligowej, wszystkim znanej pop-kulturowej masy. Bo w końcu znane wszystkim cytaty niosą ze sobą taki kłopotliwy bagaż niefajności, niezależnie jak mocno byłyby one mądre czy trafne – naturalny mechanizm, nie da się go łatwo pokonać, zwłaszcza jeśli te sample, po kilku dniach z rzędu leczenia wewnętrznej frustracji poprzez rozwalanie hipsterów granatnikiem na Vespucci Beach, wryły się w podświadomość na stałe. Dajmy sobie z tą nieistotną ornamentyką spokój, zwłaszcza jeśli w zamian dostarcza się nam tak ekstatyczny chillout, złożony z gęstej jak "nutella" atmosfery absolutnej symbiozy Xboxa z blantem w dłoni. Tu jest wszechogarniający dźwiękowy luz, odpływ, napływ (what?), uspakajający przypływ, podbudowany gorzką nutą prozaicznej rzeczywistości. Jest jeszcze bardzo przyzwoity mizoginistyczno-tinderowy "Makijaż", a końcówka zamykająca całość EP-ki też spoko, jakby ktoś się o nią dopytywał – dosadna i brutalna – ładna, brudna bomba na efektownej małej płycie z wielkim zakończeniem.

I to tyle z tego, co miałem pobieżnie nakreślić. Nawet nie wiadomo po co, skoro i tak każdy spotkany koleś na ulicy zagaduje o nowy materiał, który z obowiązku, wśród ogarniętej z trendami części społeczeństwa, leci na nieprzerwanym repeacie – w domach, blokach, squatach na domówkach, na każdej możliwej stronie zajmującej się muzyką. Pro8l3m się trzyma, Pro8l3m daje radę, wciąż tkwiąc na współczesnym polskim szczycie, zapewniając, że długo będą jeszcze trzymać dłoń na pulsie, znajdując się na pierwszej, prestiżowej linii lokalnego, rapowego folkloru – słusznie? Nie wiem, nie mnie oceniać, hype to hype, ja tu tylko odwalam swoją pracę dokładając do niego swoją cegiełkę.

*Krótki edukacyjny kącik filmoznawczy – jeżeli chcecie na dwie godziny utkwić w pesymistycznym świecie globalnej katastrofy z prozaicznej perspektywy nic nieznaczącego everymana, obczaicie sobie niedościgniony klimatycznie Threads Micka Jacksona – może akurat temat nuklearnej apokalipsy w przeciwieństwie do upadku światowej giełdy z dzisiejszej perspektywy trąci dość skrajnym anachronizmem, to sama ascetyczna forma, to jak wpływa ona na samopoczucie, to ostatecznie jakiś inny kosmos i boli mnie głowa, próbując sobie wyobrazić, jak bardzo oglądanie tego draństwa w dniu premiery, podczas trwającej zimnej wojny, musiało być dewastującym doświadczeniem.

Michał Kołaczyk    
16 czerwca 2017
BIEŻĄCE
Moses SumneyAromanticism
BjörkUtopia