RECENZJE
PRO8L3M

PRO8L3M
Art Brut

2014, RHW 7.1

Chyba pod koniec sierpnia doświadczyłem przyjemności naskrobania kilku słów o składzie personalnym PRO8L3Mu i poszczególnych funkcjach obydwu jego członków, toteż oszczędzę sobie niepotrzebnego powielania szczegółów – co uważniejsi czytelnicy z pewnością nie mają, nomen omen, problemu z identyfikacją jego twórczej tożsamości. Próbując jednak oddać to, co dzieje się na Art Brut, trzeba skonstatować, że niemal wszystkie przytoczone w Playliście przymioty nie tylko zostały utrwalone w kompletnym przełożeniu, ale dodatkowo zdecydowanie się zazębiły, zahaczyły o jeszcze gwałtowniejsze natężenie kooperacji. Stąd wniosek, że nie potrafiłbym zacząć tej recenzji w inny sposób, niż wyrażając kolosalną satysfakcję odnośnie długo wyczekiwanego pojawienia się w tym kraju rapera, który nawet na chwilę nie pozwala przytłoczyć się, skądinąd zajebistemu (choć nie do końca, ale o tym później), producentowi.

Po C30-C39 często można było spotkać się z wątpliwościami, czy wysoka forma Oskara była wyłącznie złudnym obrazem chwilowego natchnienia, jakimś punktowym elementem boskości pchniętym w zwykłego człowieka wywodzącego się z bloków, czy może obiecującym zwiastunem czegoś więcej. Cechy wyeksponowane na Art Brut szybko jednak pozwoliły rozstrzygnąć ten bezsensowny spór – gość znowu "okazał się bestią". Swoimi pomysłami na zwrotki, konsekwencją w dobieraniu rymów i umiejętnym, offbeatowym poruszaniem się po produkcjach wyraźnie potwierdził wyższość nad resztą graczy. Na nic tu (na szczęście pojawiające się w skromnej ilości) desperackie deklaracje o "sztosie zapodanym przez Steeza i zapluciu się Oskara, który nadaje się tylko do wyjebania" – najszczerszy chuj wam w dupę za sprowadzanie tej muzyki do masturbacyjnego rzucania słów w możliwie jak największym natężeniu, trywializowanie rozpiętości mechanizmów wielocząstkowych korelacji wszystkich atrybutów składających się na skillsy czy szeroko pojętą ignorancję. Zbudowana na tak banalnych fundamentach koncepcja rapu nie jest na dłuższą metę ŻADNYM rozwiązaniem i nie ma ŻADNYCH zadatków na bycie czymś innym niż tylko niegroźnym zabijaczem czasu. Niuskul, truskul, chujskul, nieważne, zjeb o prowincjonalnej mentalności zawsze będzie zjebem o prowincjonalnej mentalności i niech wie, że takie podejście jest odpowiedzią na pytanie, czemu dzisiaj szczena – zamiast opadać na podłogę – wisi niewzruszona podczas pojawiania się uśmiechu politowania.

No kurde, co za konsternacja w ogóle. Pierwszy raz chyba tkwię w sytuacji, kiedy totalnie nie wiem, w jaki sposób zabrać się za rzeczową analizę samego rapu, coby w żadnym wypadku nie chybić słowem i w konsekwencji nie zbezcześcić jego faktycznego nominału. "Dobry"? A skądże, profanacja. Dobrymi raperami są Kuban czy Zioło, profil tego określenia jest jasny, krótka piłka. To może "fenomen", "ewenement"? Już prędzej, ale to też przecież są słowa-wydmuszki, które bez precyzyjnego nakreślenia kontekstu znaczą tyle, co nic. Jeju, Oskar, powiedz proszę, jakie to uczucie, gdy masz na koncie tylko EP-kę i mixtape, a już zapisałeś się na kartach historii polskiej muzyki, łącząc zdolność porywania tłumów światłymi, ale pozbawionymi krzty pretensji hasłami z umiejętnością tworzenia na maksa absorbujących ulicznych sprawozdań o wymiarze brudu przypominającym ten zalegający w nozdrzach z powodu niechlujnie wciągniętej kreski kokainy?

Nie chciałbym, żeby mój hurraoptymizm brzmiał mało wiarygodnie, mimo wszystko facet jest, kurwa, najlepszy. Już od pierwszego numeru daje do zrozumienia, że tylko on ma przywilej rozdawania kart w tej branży, że tylko on jest wystarczająco bezczelny w sianiu rozpierdolu z takim rozmachem, by ścinać głowy głównej frakcji konkurencyjnego peletonu i podawać je w przystawce z kawiorem. Charyzma, osobowość, magnetyzm – kiedy pojawiają się wszystkie komponenty jego charakterystycznie nośnego głosu, to żaden bit nawet nie próbuje ich ujarzmić, z góry wiedząc, że jest na straconej pozycji. Art Brut z tej perspektywy buduje czterdziestominutową przestrzeń, wypełnioną w większości znakomicie złożonymi rymami, mnogością patentów na realizowanie tematyki życia w przestępczo-ulicznym środowisku, zręcznymi obserwacjami zjawisk prostych i tych mniej prostych, litrami wódki i nieprzespanymi nocami. 40 minut przebieżki po wielu płaszczyznach świadomości dorosłego faceta, którego jedna doba wyrwana z któregokolwiek miesiąca roku okazałaby się pewnie bardziej intensywna niż dwadzieścia lat mojego życia.

Stawiam dolary przeciw orzechom, że dzięki lekkości, z jaką Oskar tasuje pomysły, przebiera w podejmowanych wątkach, rzuca linijki tak mocno wrzynające się w pamięć, notabene bez problemu mogące stanowić kluczowy punkt w pamiętniku post-hłaskowców, za jakiś czas będziemy mówić o precedensie na skalę światową. W jednej chwili zapodaje numer z punktu widzenia banknotu, w następnej reminiscencyjnie przywołuje różne akcenty ze swojego dzieciństwa, jeszcze później uprawia storytelling o handlu narkotykami na obrzydliwie kreatywnym patencie z jąkaniem i seplenieniem. W międzyczasie rozlicza się z relacji ze swoimi byłymi partnerkami, nawiązuje do Urodzonych Morderców, prowadzi dialog z wsamplowanym Pawłem Kukizem, opowiada o zwiewności podejmowanych decyzji, serwuje podszytą dużą dawką ironii reinterpretację dekalogu. Rap na tym materiale jest prawdziwą studnią bez dna i trochę boję się tych słów, ale to być może najbardziej spektakularna jazda w historii tego gatunku (oczywiście w Polsce).

Pomostem spinającym nawijkę są tutaj sample z rodzimej ejtisowej muzyki popularnej, w całości wyselekcjonowane i zapętlone przez drugi trzon ekipy – Steeza. Szczerze mówiąc, ich dobór trochę mnie zaskoczył, bo z zapowiedzi liczyłem na jakieś zapomniane perełki synth-popu, a w rzeczywistości dostaliśmy Lady Pank, Urszulę, AYA RL... no i trzeba powiedzieć, że niestety niewiele w tym wszystkim własnej inwencji. Nie zrozumcie mnie źle – wspominałem we wstępie, że chemia między producentem a raperem stoi tu na niebotycznym poziomie, Oskar i Steez to już momentami autonomiczny byt i nie wyobrażam sobie tego pierwszego na bitach autorstwa innego człowieka, ale nadal podtrzymuję swoje zdanie, że gdyby Steez kurczowo trzymał się konwencji obranej na poprzednim materiale, to już teraz moglibyśmy mówić o jakimś ogólnym top 3 i wejściu z buta do kanonu. Na plus za to na pewno wstawki z filmów: m.in Wielkiego Szu czy Vabanku, które idealnie zgrały się z lokalnie brudnym klimatem

Summa summarum, przymykając oko na wszystkie drobne niedogodności, na tę chwilę jest to chyba polska płyta roku. Przynajmniej dla mnie – w rapie, nie w rapie, chrzanić sztuczne szufladki. Aż boję się pomyśleć, co wydarzy się w momencie, gdy światło dzienne ujrzy w końcu debiut, na który Steez zrobi pełnoprawne, eksploatujące całą jego wizję bity. Nigga, I'm just flexin'.

Rafał Marek    
14 października 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja