RECENZJE

Prins Thomas
Prins Thomas

2010, Full Pupp 6.4

Te nordyckie style wychodzące spod pawiego ogona nowej taneczności, jej kosmiczna i krautowa odmiana, mają równie minimalistyczną formę, co wykres rozwoju. Nie rozkrzewiają się jak chillwave, są ciągle do szybkiego ogarnięcia, mają dwa mocne filary: norweskich kolaborantów współpracujących ze sobą oraz z disco i krautrockiem przy implementowaniu ich w sny współczesnych elektronicznych owieczek. Przy okazji pokazujących, jak w XXI wieku można ludziom pomóc w dotarciu do pokładów cierpliwości, której starczy nawet na ponad godzinę. Obaj terapeuci, Lindström i Prins Thomas nie pozwalają swoim wąsom na rozwinięcie się do moroderowskiego formatu, łącząc je ze względną łagodnością i lekkim olewajstwem post-hippisowskiej reszty zarostu. Wymyślona koleżanka mówi, że Lindstrom lepiej wyszedł na artworkowym zdjęciu do swojej solówki z 2008, niż Prins na okładce tegorocznego s/t. Zdaje się, że jest podobnie, jeżeli chodzi o muzyczną oryginalność. A "popowość"? Real Life Is No Cool, Prins.

Tyle że wspomniane "fakty" w ogóle nie tłumią narastania we mnie odzywki: co z tego? Wciąga to i tak, brzmi świeżo. Co mi po kontekstach, uwikłaniach, jeżeli po kilku dobrych przesłuchaniach chcę jeszcze?

Prins, spec od coverów, mający ich w dorobku z pół setki, w tym autorskie wersje kawałków Roxy Music i LCD Soundsystem, koweruje i tutaj. Już nie pojedyncze utwory, tylko, z grubsza rzecz ujmując, krautrockowy motorik i psychedeliczne tripy w rodzaju Penetration, An Aquarian Symphony Ya-Ho-Wha 13 i koniecznie całych archipelagów followerów lubiących na wstecznym jeździć, chodzić i nawet trwać w bezruchu. Na albumowej jedynce, "Orkenvandring", Prins bawi się w paradoksalną reanimację Klausa Dingera, który jest przecież wiecznie Neu! No i Norweg nie jest od razu taki zupełnie solowy. W tym sensie, że w otwieraczu wspomagają go niemal wszyscy najbardziej znani disconauci, na trąbce "Todd" Terje a za funkujący clavinet odpowiada nie kto inny, jak HPL.

Na "Uggebugg" trochę zaskakuje prosty początek oparty na prastarych bębenkach, niemal deuterowy, gdyby nie handclapy, dzięki którym z kolei za całkowicie swoje mogliby to otwarcie uznać poprzyszywani do siebie krewni z Akron/Family. Potem dochodzi mierzenie oszczędnego pulsu basisty Sun Araw albo Beggin' Your Pardon Miss Joan – takie projekty zlewają mi się w jedną orgiastyczną kotłowaninę. Prins proponuje jej schludną wersję, ubogacaną dyskretnym brzękiem biskupich insygniów kutych za pomocą akustyka i dżwięków glockenspielu migoczących jak lampki kontrolne w futurystycznym kokpicie.

Na "Slangemusikk" tytułowy wąż wślizguje się pomiędzy minimalistyczne synthy z aborygeńskich mitów. Względem poprzednika nie zaskakuje strukturą. Chwilę przed drugą połową reprezentacja Zachodu strzela hassellowemu Czwartemu Światu bramkę, w ramach umiarkowanej radości zawiązuje się easy-listeningowa melodia z obszarów metropolitalnych. Płynie dobra waluta, smutek opuszcza tropiki, Manuel Arboleda podnosi się z kolan. Na koniec pojawia się próżnia, a w niej metaliczne cytaty z eksperymentów pionierów elektroniki w rodzaju 8 Electronic Pieces Toda Dockstadera.

"Sauerkraut", track chyba najczęściej wyróżniany przez piszących o tym albumie, brzmi trochę jak Negativlandowo przetworzony – no jednak – Steven Wilson, tak gdzieś z przecięcia Porcupine Tree i retropsychedelicznego side-projectu tegoż. Z cyklu unikania inspiracji Ouroborosem, w szóstej minucie pojawia się fantomatyczna, parosekundowa niby kulminacja, przez chwilę sugerująca pojawienie się motywu zbliżonego do tego, które jednocześnie dynamizował, wygładzał i westernizował "Slangemusikk", ale tym razem nieznajdujący punktu zaczepienia patos ulatuje zaraz w przestrzeń.

Jeszcze wyraźniej, niż w "Sauerkraut", pojęcie kulminacji jest poszatkowane i porozrzucane po rozpoczynającym "house'ową", trzyutworową końcówkę albumu "Wendy Not Walter", tribute dla autorki podobno pierwszego elektronicznego bestsellera. Sam kawałek jest mocno zlindstromowany. Nawet w końcówce pojawiają się dźwięki, które mogą łudzić, że właśnie kończy się któryś z monster tracków Where You Go I Go Too.

Ogólnie patronujący patent jest prosty, post-rockowy, bez istotnych zmian taktycznych w stosunku do II. Niespieszny rozbieg w miarę ascetycznego epica, niekiedy zmiana konwencji na długawym finiszu, czasem finał Mateusz Jędras wie, gdzie. Zachodniocentryczne napięcie słuchacza w oczekiwaniu na kulminację nie zawsze zostaje rozminowane. Plus dostaję ostatnio pocztówki, na których ładnie widać, jak nu-disco i chillwave (Teen Daze) są śmiało podmywane przez połączone energie kosmosu, tripujących umysłów i duchów opiekuńczych balearyczności. Sporo przyjemności dostarcza, i tylko z rzadka nuży ten Jarre tropików.

Andrzej Ratajczak    
23 sierpnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie