RECENZJE

Prince
LOtUSFLOW3R / MPLSoUND

2009, NPG 5.2

Niedawno świętowaliśmy 30-lecie działalności artystycznej Prince'a, a w tym roku trafia do naszych rąk jego 25 (!) studyjny album. Mija też 25 lat od premiery Purple Rain. To chyba wystarczająco wiele powodów, aby wznieść toast za Księcia. Założę się, że pijecie za różne bzdury, tym bardziej, że picie bez toastów to podobno skrajny alkoholizm, a zapominacie stuknąć się za Prince'a Rogersa Nelsona. Gościa, który wydał kolejny porządny album, a nawet dwa albumy i dorzucił do tego płytkę swojej kolejnej protegowanej, Bria Valente, której głos można było usłyszeć na poprzednim wydawnictwie Planet Earth. I chociaż brak tu momentów porównywalnie mocnych do tych, które można było łatwo znaleźć na 3121 i trochę dokładniej szukając także na Planet Earth, to wysoka forma Prince'a wciąż nie pozostawia wątpliwości.

W każdym razie nie wtedy, gdy dokładniej przysłucha się temu wydawnictwu, bo początkowo byłem skłonny uznać te dwa albumy za jedne ze słabszych w jego dorobku. Nie jest chyba żadną tajemnicą, że nie jestem specjalnym fanem gitar. Gitarowo skoncentrowanych artystów, jakich naprawdę lubię jest stosunkowo (do wszystkich klawiszowców) niewiele, a i tak zawsze będą stali w drugim rzędzie. Jakieś zaznaczenie groove'u, parę charakterystycznych motywów, zostawienie ich w tle – ok, jednak stanowcze no/nein/ne/net/non/nie wyrażam wobec ciągnących się gitarowych solówek, czy innego podporządkowania utworów tym instrumentom (myślę oczywiście o klasycznych rockowych formach), nawet jeśli trzymane są przez najlepszych gitarzystów świata, jakim przecież jest Książę. Tak więc już Planet Earth, choć przecież naprawdę udany, nie wzbudzał we mnie większych emocji. LOtUSFLOW3R prezentuje chyba jeszcze bardziej gitarową stronę Prince'a, więc trochę czasu zajęło mi przełamanie oporów. Połowie nowego wydawnictwa Nelsona zdarza się popadać w lekką nudę, a momenty takie jak dwa pierwsze utwory wywołują konsternację, czy nadal słucham autora Dirty Mind i Purple Rain, czy raczej Dire Straits. Za to już trzeci numer wita mnie miłym syntezatorem, wywołującym skojarzenia z tym z "When You Were Mine" i jest to lekki pop, stuprocentowo naznaczony klasycznym Princem. Nie zaskakuje niczym "4Ever", pozostając jednak potwierdzeniem jego świetnej songwriterskiej formy, z linijkami tak charakterystycznymi jak "If I never get to hold your hand / If I never get to be your man / That’s ok, cause I’ve got other plans" czy "I don’t want to kiss your lips, till I get to grunt your hips". "Colonized Mind" mógłby być zwykłym trackiem do skipowania, jako typowa rockowa balladka, gdyby nie refren, a poza tym... no to Prince. W "Feel Good, Feel Better, Feel Wonderful" angażuje dęciaki i spokojnie wpasowałby ten numer na jeden ze swoich albumów z lat dziewięćdziesiątych. Jak zresztą większość utworów na tej części wydawnictwa, co z jednej strony mnie może i smuci, bo nieco odczuwam regres pomysłowości aranżacji w stosunku do 3121, a z drugiej strony nie powiedziałbym, że słucha się tego nieprzyjemnie. "Wall Of Berlin" powoduje lekko nerwowe zaciskanie zębów, wywołując małe zażenowanie, ale już "$" ratuje sytuacje i staje się chyba najfajniejszym momentem LOtUSFLOW3R, rzucając gdzieś skojarzenia ku choćby The Black Album.

Nie mam jednak zamiaru kłamać – LOtUSFLOW3R w większości mnie zwyczajnie nudzi. Zyskuje parę punktów podczas spokojnego odsłuchu nocą, w innych porach dnia raczej nie skupia uwagi. Z większą nadzieją od początku spoglądałem ku MPLSoUND, części zdominowanej przez funkowo-rytmo-bluesowe oblicze Księcia. I nie mogę w tym przypadku mówić o rozczarowaniu. "(There'll Never B) Another Like Me" od pierwszego entuzjastycznego okrzyku wyciąga na parkiet. Zabawne jak dwójka moich ulubionych artystów – Prince i Madonna – różnie prezentują się w tym samym momencie swojej kariery. Wstydziłem się za Ciccone, gdy na swoim ostatnim albumie, składała sobie hołd, bo choć zasłużony, a ciężko byłoby ją zaliczyć do przesadnie skromnych, to moment ani sposób nie był odpowiedni. "She's not me / She doesn't have my name / She'll never have what I have / It won't be the same" – no bo niby prawda, ale takie banały nie przystoją i raczej świadczą o tym, że świadomość przemijalności nienaturalnie przeciągniętej młodości jest jednak MIMO WSZYSTKO w niej żywa. Rówieśnik Madonny wypada autentycznie i bezpretensjonalnie, gdy stwierdza "jestem zajebisty". "It really don't matter who you get with / Cuz it just ain't meant to be / It really don't matter / Cuz you never shoulda woulda / Even coulda been like me". I dalej, z pełną świadomością swojej pozycji "I can get you what you want anything / At all girl all you gotta say is please / Ask ur mother ur sister ur brotha / There'll never be another / Never be another like me". No i co, nie da się ukryć. W zwrotkach zresztą na luzie śpiewa o sobie jako władcy imprez, pełnym self-estymy gościu, którego wszyscy chcą znać i który z ponad pięćdziesiątką na karku i tak jest bardziej cool niż szczyl w fajnych butach i fryzurze za 500 dolców. Oczywiste jakby. A dje z electro imprez tego gogusia niech uważają – "Heard you had a fine little puerto rican dj / If she ain't got Prince's new song / There is gonna be a scene".

Opener jest spokojnie siódemkowy, ale już drugi numer, wybrany na singla, powoduje, że trochę kręcę nosem. No bo co z tego, że w wersji singlowej parę linijek machnie odrodzony Q-Tip, beat cieszy nowoczesnym zelektryzowanym r&b, kiedy refren zwyczajnie jest cienki jak kabel od ładowarki do mojej nowej Nokii. Ale i tak: 3:44 – 4:15, wow i ogarnijcie teledysk. "Dance 4 Me" spokojnie czerpie z własnego dorobku, gdzieś na wysokości 1999 i numeru "D.M.S.R." z tamtej płyty, ciężko jest wymyślić złe słowo o takim kawałku, w którym znaleźć można tyle powodów wyjaśniających moje pełne oddanie dla Prince'a, choć jak się uprzeć, to można wytknąć przewidywalność. "U're Gonna C Me", kolejna prince'owa balladka, powoduje, że zaczynam zadawać sobie pytania, czy warto słuchać w życiu cokolwiek poza Princem, szczególnie w tematach romansowych. No sorry, "kolejna prince'owa balladka", mam teorię na temat takich utworów. Otóż koleś napisał ich tyle, że to nie sposób ogarnąć. Trochę się wtedy narzeka i że kolejna, i że nie kopie, i że nudnawe, i słucha się słabszych numerów innych artystów, którzy Prince'a mają wpisanego w profil swojego bytowania. A że koleś wysmażył kolejny perfekcyjny popowy numer? Nie do ogarnięcia i tyle, chociaż trochę się uspokoiłem, gdy "odkryłem", że to kawałek z online-albumu z 2002 roku. Dosyć podobna sytuacja zachodzi w następnym, choć nieco słabszym "Here". Tym razem otwierający i przewijający się później przez utwór motywik brzmi jak instant classic. Gwiazdę "Under the Cherry Moon", Kristin Scott Thomas, miał w głowie Prince, gdy pisał "Better With Time" i tam lecą takie teksty jak "kobieto jak wino", ale raczej pełen szacunku dla dojrzałego piękna Książę siedzi w ciemnym pokoju i sentymentalnie natchniony wspomina i pisze odę do swojej dawnej koleżanki, tak elegancką, jak ona sama. Druga "oda" wypada znacznie mniej interesująco, Prince śpiewa do córki Salmy Hayek, która ma niecałe dwa lata. Nie chodzi o to, że mu się zradykalizowały upodobania, bo to przecież jeszcze kawał czasu choćby do podstawówki. Prince każe Valentinie przekazać, żeby jej mama do niego zadzwoniła, bo jest ostrą dupą, która wciąż się liczy. Średnio mnie to rusza szczerze mówiąc, tak samo jak przydługie "Ol' Skool Company", któremu mocno doskwiera brak porządnego hooka, czego nie można już powiedzieć o ostatnim tracku, który gna prawie jak "Jack U Off" lub "Delirous".

Wypadałoby jeszcze wspomnieć o płytce Bria Valente, trzeciej części boxu. Prince dał już początek karierom paru dziewczyn, ich losy potem potoczyły się średnio, najczęściej szło im gorzej wtedy, gdy zaczynały iść własną drogą. Nie wiem, ile ich było, ale warto wspomnieć o Apollonii, którą śpiewała w "Take Me With U", a w 1988 roku wydała bardzo fajny dance-popowy album i Sheili E., której Prince machnął jeden z moich ulubionych kawałków lat 80. Bria Valente może być całkiem łakomym kąskiem dla miłośników Sade, czy mniej wymagających słuchaczy Lisy Shaw. Choć z okładki spogląda na nas twarz o podejrzanie transgenderycznych rysach, to wokalistka dysponuje głosem o naprawdę sympatycznej, ciepłej i dość delikatnej barwie, a Elixer jest chyba najspójniejszą płytką z tego wydawnictwa. Od typowo pościelowych, wieczornych i klimatycznych kawałków, jak w "Here Eye Come", przez delikatne taneczne brzmienie "All This Love", czy w wersji konkretniejszej, prawie deep-house'owe "2Nite", a nawet nocne, minimalistyczne synthy, jakie mogą się spodobać miłośnikom nocnego r&b Cassie w "Home", po ciepłe, wakacyjne bujające r&b w "Another Boy" – może nie w rękach czołowych beatmakerów, ale w sympatycznej, organicznej formie, płyta Valente zapewnia kawał stylowego r&b i jest naprawdę warta polecenia jako mocny szóstkowy debiut.

Kamil Babacz    
21 czerwca 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie