RECENZJE

Primal Scream
Evil Heat

2002, Sony Music 6.3

Słyszałem kiedyś stwierdzenie, że jeśli rock w ciągu najbliższych lat będzie gasł, odchodząc od korzeni w kierunku elektroniki, to wynik jego transformacji będzie przypominał muzykę The Chemical Brothers. Nie jest to precyzyjna opinia: po pierwsze na pewno rock nigdy nie umrze; po drugie zaś, jeśli już miałby to uczynić, przekształciłby się raczej w coś a la Primal Scream. Byłoby to, jak wiecie, straszne, dla mnie słońce nie miało by już więcej po co wschodzić. No chyba, że nowe zespoły potrafiłyby się wykazać taką zręcznością możliwościami jak pionierzy gatunku.

Specjalnością uformowanego już w 1984 roku angielskiego zespołu jest muzyka taneczna (wręcz imprezowa), w którą często wrzucane są elementy rocka: gitary i żywa perkusja. Ale to nie wszystko, żeby opisać bez omijania żadnych szczegółów, co ci kolesie grają / grali, trzeba by każdy ich krążek wziąć pod lupę i długo przemierzać wzdłuż i wszerz. Na to nie mam czasu, uzupełnię więc listę o elementy, powiedzmy, reggae (ale to dawne czasy) i hip-hopu. Sami przyznacie, że zmieszanie tylu składników wymaga sporych umiejętności i niewyczerpywalnej kopalni pomysłów. Niestety, żyła złota, na którą członkowie zespołu natrafili, nagrywając poprzednik recenzowanej właśnie płyty (rewelacyjny XTRMNTR), wyczerpuje się, co na Evil Heat wyraźnie słychać.

W dalszym ciągu muzyka Primal Scream jest energetyczna, choć momentami mniej w niej bitu, a więcej gitarowego hałasu. No właśnie, hałasu: wiosła wykorzystywane są raczej do wytwarzania przytłaczającej ilości drapieżnych dźwięków, niż do operowania melodią, która utrzymywana jest czymkolwiek się da: ciętym wokalem, syntezatorami, klawiszami. Wymieniać mógłbym długo. Niestety, nowe kompozycje wypadają jakoś mniej przekonująco, niż te z XTRMNTR (nie odwołuję się do drugiego najmocniejszego punktu dyskografii zespołu, czyli Screamadelliki, gdyż w końcu ten album ma jedenaście lat). Przykład? Kiedy na swojej poprzedniej płycie Bobby Gillespie wołał do mnie "You're parapletic / Such a scenic syphilitic / Sub-mosquito / Fucked up, you're a sick", wciśnięty w słuchawki wierzyłem mu jak własnej babci, jako człowiek mały i nieważny nie miałem po prostu nic do powiedzenia, on rządzi i tyle. Nowa płyta Primal Scream już taka silna nie jest.

Powód, jak już mówiłem na początku, to deficyt pomysłów. Momentami wygląda to tak, jakby kolesie znaleźli fajne brzmienie, nie wiedząc, pod co je podpiąć. Efekty bywają niemal bezpłciowe; niby fajnie się słucha, ale w sumie forma przeważa nad treścią. Taki sam problem mają zresztą na każdej swojej płycie The Chemical Brothers, zawsze pomijam twory typu "Piku" z Dig Your Own Hole, czy też "Orange Wedge" z Surrender; słuchając ich nie mam pojęcia, o co twórcom chodziło. Związki z Chemicznymi mają też inny wymiar: formy wolniejszych kompozycji Primal Scream (jak przykładowo zawierający świetnie nachodzące na siebie motywy "A Skanner Darkly") pokrywają się w dużym stopniu z tymi stosowanymi przez braci, już podczas pierwszego spotkania z krążkiem skojarzenia przychodzą natychmiast. Ale nikt tu od nikogo nie zrzyna; dobra, pomysłowa muzyka ma po prostu pewne punkty wspólne z inną, dobrą, pomysłową muzyką.

Mimo wszystko jakaś wena muzykom Primal Scream pozostała, kunsztem z kolei popisują się ciągle najwyższej klasy. Nastrój i melodia "Autobahn 66" fajnie rozluźnią, bit "Detroit" wprowadzi w ruch. Poza wyjątkami ("Rise"?) i inne piosenki nie przemkną przez uszy nic po sobie nie pozostawiając, dlatego nawet wybredni znajdą na Evil Heat coś dla siebie. Krzyk pobudza, Krzyk wzmacnia, Krzyk potrafi bez strachu przeprowadzić przez ciemne ulice etc. A że kiedyś robił to lepiej?

Jędrzej Michalak    
27 listopada 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy