RECENZJE

Pretty Girls Make Graves
The New Romance

2003, Matador 6.0

Późna podstawówka zazwyczaj wspominana bywa jako czas swobodnych i nieświadomych w pełni wybryków, dziecinnego jeszcze krytykowania wszystkiego dookoła. Pojawiają się pierwsze poważniejsze znajomości, na razie jeszcze z płcią tożsamą. Cały ów okres jest dopiero wstępem do prawdziwego wtajemniczenia w zalety i wady życia: pójścia do liceum. To tam dokonuje się stopniowe otwarcie oczu, po łyknięciu nowej rzeczywistości z pogardą i może nawet obrzydzeniem myślimy o starych czasach, kiedy za emocjonujące wykroczenie uważaliśmy ściąganie na sprawdzianie czy też spoglądanie na biust młodej nauczycielki. Pojawiły się nowe metody dogadzania sobie: fajki na przerwach, alkohol w parku, język koleżanki. Wreszcie wolność, wreszcie prawdziwe powiewy wiatru adrenaliny. Atrybuty młodości towarzyszą nam przez kolejnych kilka lat, na początku studiów jeszcze z pierwotnym nasileniem. Później tempo siłą rzeczy opada, zbliża się mniej lub bardziej nieuniknione: praca, dom, rodzina. Do liczby pięciuset używanych dziennie słów przez statystycznego Polaka dochodzi kolejne: odpowiedzialność. Może i chciałoby się powrócić do licealno-akademickich zwyczajów, duch jednak odnosi porażkę z nowo poznanym terminem. Młodość się kończy.

Niezwykle uproszczonego przedstawienia rozwoju emocjonalnego przeciętnego obywatela dokonałem celowo, bo wybrane jego aspekty jak ulał wydają się oddawać drogę przebytą przez Pretty Girls Make Graves. Gdy Zollo odwiedzała nas poprzednim razem, nie udawało się jej utrzymać w ryzach swoich popędów do aktywności w każdej dziedzinie. Mrugnięciem rozbieganych oczu podbudowywała załamanych. Stanąwszy naprzeciwko twoich problemów obracała je w proch zręcznym strzałem palcami. A dziś niewiele z jej mocy zostało. Prysła niezachwiana pewność siebie, dawna złość przerodziła się w smutek. Dawne oblicze superwoman przypomina tylko podobny zestaw gestów, no i pojawiające się z rzadka ogniki w oczach. Czyli jednak to rzeczywistość miała rację.

Wiadome było, iż raczej niepodobnym jest doskoczyć do poziomu czegoś takiego jak Good Health. Zwyczajnie niewykonalne dla człowieka, jak przebiegniecie stu metrów poniżej pięciu sekund. Szkopuł w tym, że Pretty Girls Make Graves debiutem zbliżyli się do statusu ponad-ludzi, dla których pewien zakres ograniczeń nie istnieje. Dlatego wypatrywałem followera arcydzieła z napięciem niebywałym, cichcem licząc wśród mniej optymistycznych przewidywań na szok. Po pierwszych sekundach The New Romance wszystko było wiadomo – pisząc recenzję będę musiał zacząć od opisania nie narodzin czegoś absolutnie ponadczasowego, a od gadki o wartościach przemijalnych. Andrea, dlaczego mi to zrobiłaś?

Pozornie wszystko jest na miejscu. Perfekcyjna produkcja, album o podobnym charakterze nie jest w stanie odznaczać się lepszą. Niezliczone, nakładające się na siebie cięcia, wymierzane precyzyjnie niczym ciosy Wołodyjowskiego, zlewają się przy tym w całość brzmieniowo magiczną dla fanów gitar, do której nie da się nie podchodzić nabożnie. Wokal dzięki przywoływaniu wspomnień związanych z Good Health dodawałby punktów nawet gdyby Zollo mamrotała pod nosem program telewizji Al Jazzira. Inne jego walory, takie jak wybuchowa ekspresja, nie wymagają rozpatrywania: znacie debiut wiecie o co chodzi, nie znacie – opis największego erudyty nie pobudzi odpowiednio waszej miernej w tym wypadku wyobraźni. Właściwie dwa nakreślone tu elementy mogłyby stanowić o formie fenomenalnego krążka, tak jak miało to miejsce w przypadku poprzednika The New Romance. Dlaczego więc cudu nie było?

Treść. To jedno krótkie słowo oddaje w zupełności kontury problemu. Jego gabaryty wymagają już opisu kilkadziesiąt razy dłuższego. Skwitowanie nowego Pretty Girls Make Graves naklejką "przeciętne kompozycje" byłoby ignorancją, choć nasuwający się wniosek tak rzeczywiście brzmi. Jak mówiłem, już pierwsze takty chyba ironicznie zatytułowanego "Something Bigger, Something Brighter" openera sugerują kryzys. Owszem, jest to bardzo dobry utwór, dostarczający miłych wrażeń. Ale nie zapada w pamięć, nie wykracza poza płytę; dajmy na to podchodząc do ogniska nie przyjdzie ci do głowy zanucenie jego słów. Nawet gdyby, reszta zgromadzonego w kółku towarzystwa nie podchwyci, nie miało by to większego sensu.

Każde stworzenie posiadające narządy słuchowe wie, że dynamika nie opiera się tylko na tempie; to raptem jeden z jej elementów. Do spełnienia potrzebne jest odpowiednie zgranie poszczególnych trybów machiny, idealna synchronizacja, powodująca błogi efekt zlewania się poszczególnych motywów w dzieło. Brak istnienia określonej wizji wyczuwa się od razu, widać to po zachowawczości i przypadkowości ruchów. "Chemical, Chemical" czy "Holy Names" to najboleśniejsze próby zatuszowania kłopotów songwriterskich zespołu. Powielanie znanych z debiutu patentów nie jest w stanie wynieść żadnego z tych utworów ponad przeciętną. Zawarta w nich energia sprawia wrażenie sztucznej, w najlepszym razie wymuszonej. Nie licz, że ci się coś z niej udzieli. Pomimo iż gdzie indziej jest lepiej, nawet fantastyczny (najlepszy w zestawie) "The Teeth Collector" według mnie nie zmieściłby się na Good Health. Inne chlubne fragmenty The New Romance jak tytułowy lub "This Is Our Emergency" w ogóle nie stają do porównania.

Wsłuchując się w "The Grandmother Wolf" przecieram oczy ze zdumienia. Ludzie, bańka mydlana i dominacja pomarańczowego z różowym to nie działka Zollo i spółki. My oczekujemy od nich kastetu oraz ciemnej skórzanej kurtki, innego badziewia nie przyjmujemy, nawet jeśli zakamuflowano go szorstką powierzchnią dolnego zakresu dźwięków czy też gitarową tyralierą. To byłby bardzo dobry utwór, znalazł się jednak na niewłaściwej płycie niewłaściwego zespołu. I jeśli jego istnienie można uzasadnić pomyłką, wypadkiem przy pracy, to "Blue Lights" stanowi niestety ostateczną odpowiedź na pytanie o genezę faktu doznawania ledwie przyjemnych chwil przy The New Romance. A zaczyna się tak dobrze: wzruszająca linia basu, w dalekim tle jakiś przymglony szum. Pojawia się na pół sekundy odgłos huczącego w porze nienadawania żadnych programów telewizora, po chwili powtórzony. I co robi z tym fantem zespół? Nie było tego pytania, nie chcecie wiedzieć. Miast kontrolowanej eksplozji i zagłady otrzymujemy nieśmiałe wejście niekonstruktywnej gitarowej babraniny, na zasadzie "fajnie jest umieć grać, he he!". Stwierdzenie słabego rozwinięcia pierwszej części piosenki byłoby ucieczką przed postawieniem sprawy jasno: ona z biegiem sekund wycofuje się, kurczy, tak jak zdolności songwriterskie autorów.

Słabością zespołu okazało się coś, na co nie ma on wpływu, albo bowiem przebiera się w mnogości świetnych pomysłów, albo każdy nowy pielęgnuje się przed zapomnieniem i stara się jakoś zrobić z niego ludzi. W drugim wypadku nadrabiać można "zaangażowaniem i wolą walki", jak to często mówią komentatorzy sportowi. No więc Pretty Girls Make Graves intensywnie starają się: tu dociągną, tam docisną i płyta jest dobra. I tylko tyle. Słuchając jej smuciłem się, nie wiem czy bardziej ze względu na odmienną w porównaniu do dawnej wymowę tekstów Zollo (obecnie linijkom "Unfulfillment is killing you / Seems like no one shares the same view" brakuje efektownego wsparcia, nie podnoszą zatem na nogi, działając przeciwnie), czy też przez wspomnienie geniuszu Good Health. Ehh co to był za album!

Jędrzej Michalak    
10 października 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja