RECENZJE

Pretty Girls Make Graves
Good Health

2002, Lookout! 8.9

Tej nocy miały być spadające gwiazdy? Od wschodniej strony? Nad Warszawą? Pewien nie jestem, ale doszły mnie słuchy. (Wtajemniczonych w temat proszę: nie śmiejcie się; nie zamierzam opowiadać o tym, że nigdy wcześniej nie widziałem spadającej gwiazdy, choć to prawda.) Oto przykład na zobojętnienie, jakie mnie coraz bardziej ogarnia. Kiedyś byłoby to wydarzeniem! Włączasz telewizor. Marta nie odpadła, hurra. ("Kurde, odpadł mój faworyt, no ten Gumiś".) Włączasz radio. "Czekaliśmy". Idziesz na zajęcia. Rytuał przejścia składa się z trzech, względnie pięciu faz, jakbyście nie wiedzieli. Jedziesz autobusem. Dresy opanowały miasto. Wracasz do domu. Tylko odtwarzacz potrafi być powiernikiem przeżyć. Do słuchawek nie zajrzy ci żadna kamera. Tam może być, jeśli tylko na to pozwolisz, cały odrębny świat. Jakże inny, piękniejszy od codziennych ścieków wirujących marnie przed oczyma.

Widzicie, dla osobników szczerze oddanych muzyce, nie ma lepszych, czy gorszych dni. Być może to umiejętność. Od ponad miesiąca przyjaźnię się z piosenkami wypełniającymi debiut nowej kapeli, Pretty Girls Make Graves. Jest to przyjaźń wymarzona, polegająca na wzajemnym zaufaniu, obopólnym zauroczeniu, dwustronnym zrozumieniu. Dziwnie brzmi? Dobra, macie tam dwadzieścia dziewięć minut punkowego wypierdolu, z dziewczyną na wokalu. Dziewięć kawałków, z których każdy to pieprzony stunner. Pasuje? Nie?! To po co to czytacie? Jeśli pasuje, to powiem więcej: tych dziewięć numerów zwyczajnie przenosi mnie w normalną rzeczywistość, bez ziomali, bez pustych uśmiechów na imprezach, bez kilkugodzinnych konwersacji o niczym. Bez udawania. Świat wykreowany na Good Health poraża szczerością, emocjami, wrażliwością. Wolę go od wszechobecnego zakłamania.

Co, nieprzyzwyczajeni? Regularnie czytając Porcys zapomnieliście już chyba, że mamy serca. Serwujemy wam zwykle tłuste krople gorzkiego cynizmu, a tu masz: koleś się otworzył. Ale o Pretty Girls Make Graves nie potrafię na razie pisać inaczej. Geneza zespołu jest taka, że Derek Fudesco, basista niezal-rockowej formacji Murder City Devils (tam także na klawiszach), zawiązał po jej rozpadzie coś nowego. Skrzyknął znajomych, przyjaciół, kogo chcecie. Z tego zamieszania ustabilizowała się piątka młodych, żądnych wielkiej przygody ludzi. Nazwa? Już wyjaśniam. To tytuł czwartego nagrania na debiutanckim krążku The Smiths. Właśnie w tej piosence Morrissey zarzucił problem seksualnego wyizolowania, problem wstrętu do płci przeciwnej, co zresztą dziennikarze, jak zwykle smart-assy, próbowali tłumaczyć domniemanym homosekusalizmem wielkiego artysty. To tylko anegdota, muzycznie Pretty Girls nie dzielą wiele z The Smiths, może poza wspaniałą pasją i naturalnością.

Good Health trwa, jako się rzekło, raptem niecałe pół godziny. Być może właśnie dlatego tak bardzo zachrzania. Pamiętacie Rome (Written Upside Down) Les Savy Fav? Trwało jakiś kwadrans. A jak jechało. To podobny sposób zarażania energią odbiorcy. Ekipa Tima Harringtona jest zresztą najczęściej wymieniana przy okazji opisywania stylu Pretty Girls. Oczywiście, zgoda. Zwłaszcza gitary. One tną. Wcinają się w uszy. To cudowne uczucie, dla każdego, kto kiedykolwiek zakochał się w punku. Do tego: jak one są wyprodukowane! Robota Phila Eka, notabene. Tak! Tego Phila Eka! Co ten gość wyprawia z przesterami, jaką śliczną ścianę wioseł generuje. Dodatkowo bawi się, eksperymentuje, dosłownie uczta brzmieniowa. Zwykło się mówić, że człowiek ten opanował metodę ustawienia idealnej głośności każdego instrumentu w miksie. Przysięgam, że Good Health to potwierdza. Aha, że przypominają Les Savy Fav, lub wczesne Unwound – tak, lecz różnica jest zasadnicza. Tu śpiewa panna. Więc inni mówią: wczesne Sonic Youth. Jednak ta klientka jest na tyle wyjątkowa, by przyćmić takie zarzuty.

Jeśli Karen O jest seksowną, wyzywającą laską, to Andrea Zollo jest wspaniałą, wyrazistą, charyzmatyczną dziewczyną z drzwi naprzeciwko, przyjaciółką, z którą można pojechać kradzionym samochodem na tygodniowe wagary i przeżyć najlepszy tydzień swojego życia – bez żadnych aluzji seksualnych. To wyśniona kumpelka, której można powiedzieć wszystko, zwierzyć się, pośmiać się, zapomnieć o wszystkich idiotach wokół. Bratnia dusza jednym słowem. Ciepła, ale krytyczna, radosna, ale prawdziwa. (Typ, jaki producenci zasranego mainstreamu chcieli osiągnąć z Avril Lavigne, ale im się nie udało.) Andrea ma to wszystko, jest osobą, o której po przedstawieniu znajomym powiedzielibyście za jej plecami: "No i co, genialna, nie?!". I do tego jak śpiewa! Czy będziecie dalej słuchać debili udowadniających, że Pink jest "długo oczekiwanym żeńskim głosem o rockowej barwie"?! Ej, czy nie rozumiecie, że życie jest za krótkie na takie sranie w banię? Oto mamy wokalistkę godną niezależnych (czytaj: najwyższych) standardów. Uwielbiam jej uroczy wrzask, starczy?

No tak, ale to jeszcze nie koniec. Zostało to, co kochamy wszyscy najbardziej: poszczególne kawałki. Naprawdę, bez sensu analizować je od strony merytorycznej. Inna rzecz, iż ciężko mi się powstrzymać. "Speakers Push The Air" zaczyna prosty organowy loop, by w chwilę potem wybuchnąć niepohamowaną gwałtownością i głębią, z Andreą (i wtórującymi jej kolegami) krzyczącą: "Do you remember what the music meant to you?". Następnie zapodane są cztery wersy, które w jakiś niespotykany sposób sumują przemyślenia towarzyszące mi podczas pisania tej recenzji: "Life complications and frustrations / They disappear when the music starts playing / I found a place where it feels alright / I heard a record and it opened my eyes". Nic dodać, nic ująć. Jesteśmy wśród swoich.

Później nasi znajomi z PGMG dokonują tak sprawnej i przekonującej akrobatyki rockowej, że jadaczka mi opada, dosłownie. Na przestrzeni dwóch minut oni są w stanie zmieścić jakieś cztery zajebiste melodie, wciąż w pełnym amoku. Kurwa. To się w pale nie mieści. Są tu perły powodujące drżenie kolan i skurcz brzucha. Duet gitar z 2:36 w "Sad Girls Por Vida" jest majstersztykiem. "The Get Away" to najpiękniejsza, najbardziej autentycznie opowiedziana historia o parze dzieciaków uciekających z domu w poszukiwaniu odmiany życia, jaką znam, przy której wszelkie Cześć Tereska wydają się tak bardzo sztuczne. Ona po prostu ściska za gardło, bez żadnej ckliwości wcale, cały czas pędząc do przodu. (Wskazówka dla setek wykonawców, którym ta sztuka nie wychodzi.) Jest taki moment w "More Sweet Soul", na wysokości 1:19, kiedy Andrea zostaje sama z sekcją, a potem odlicza dni. Genialne. I powiedzcie mi kochani, dlaczego tak prosty refren, jak: "Ghosts are in the radio / They sing along / They sing along" może tak bardzo nakarmić człowieka siłą? Przy nim wymiękam.

Czyli nie mam pytań. Jeśli to nie jest jedna z płyt roku na świecie, to nie wiem, co nią jest. Za dużo z siebie zostawił ten kwintet w Good Health, żebyście teraz rozłożyli bezradnie ręce. Jeśli głupie 60 zł, jakie potrzeba wam na zamówienie w necie tej płytki przekracza wasze wydatki, to zrezygnujcie z cotygodniowego wypadu z dziewczyną / chłopakiem do pieprzonego kina. Jeśli Good Health nie jest wart waszych 60 zł, to nie wiem, co jest. Pizza? Nowa bluzka? Kino?! Nie ma kina! Dobrze się wam żyje w tym kraju? Nie? Pretty Girls Make Graves mają dla was piosenkę zatytułowaną "If You Hate Your Friends, You're Not Alone". Mam nadzieję, że się rozumiemy. Od ponad pół roku nie byłem tak podjarany nową płytą i wiem, że z wami będzie podobnie. Bo ta piątka, najwyraźniej wspomagając się wyłącznie talentem, ciśnieniem krwi i darem bożym, wymłóciła właśnie jeden z najwspanialszych stricte punkowych albumów wszechczasów. Jeśli czytacie Porcys z innych powodów, niż liczenie ile razy w recenzji występuje literka "ó", następny ruch należy do was.

Borys Dejnarowicz    
19 listopada 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy