RECENZJE

P.O.S.
Never Better

2009, Rhymesayers 6.6

Stefon Leron Alexander jest podłym zdrajcą, kutafonem i bezczelnym kłamcą. Hipokrytą, złamasem i durnym pozerem. Grubym goglarzem, który niczym chorągiewka na wietrze, który zapomniał o ideałach (sierpnia) i zaprzedał się cuchnącej komercji. Facet bębnił w punkowym Cadillac Blindside i przewodził punkowemu Building Better Bombs. Te zespoły nie mają nawet swojego MySpace'a. Hardkor.

A tymczasem P.O.S. wydaje właśnie swój trzeci album, drugi w barwach Rhymesayers i wyrasta na jedną z czołowych, obok MF DOOMa i Atmosphere, gwiazdę miasta. Średniobudżetowe teledyski, czapka z daszkiem i dziesiątki koncertów we w miarę pojemnych klubach w całych Stanach. No i półtora miliona odsłon tego MySpace, którego w końcu sobie założył.

Dobrze, odbębnijmy po drodze ten słaby żart, który paść musi. Skoro CFCF znaczyło to, co znaczyło to P.O.S. można tłumaczyć jako "Piece Of Shit". Albo nie. ("Haha! Very funny, motherfucker! Your mother got a wooden leg with a kickstand, motherfucker!")

Kilka tygodni temu opowiadałem nieco na temat punkowej proweniencji Daleka i przełożenia jej na odbiór. No, w przypadku P.O.S. sytuacja jest podobna, choć na skali wrażliwości lokuje się on w zupełnie innym punkcie. U Daleka wyczuwalne to było na poziomie przekazu i niekłaniania się standardom wyznaczanym przez innych. P.O.S. to sprawa bardziej oczywista – co i rusz sięga po typowe dla stylu środki wyrazu oparte na naturalnych instrumentach. Bardzo mało na całej płycie sampli, skreczy i takich różnych. W zamian szerokie zastosowanie zestawu perkusyjnego, od delikatnego nabijania rytmu stopami, aż do niemiłosiernej napieprzanki, spod której w ogóle niewiele co wystaje. Gitary, jako nieodłączny element Never Better, są wycięte z Trail Of Dead, czy innej podobnej formacji. Czasem dla odmiany wplecione elementy niegrzecznego funku, ale jest też kilka kawałków, o charakterze zdecydowanie hip-hopowym, takim trochę pod A Tribe Called Quest. A nad całą sieką unosi się duch buntu i negacji. Czasem trochę to śmiesznawe, jak na dorosłego faceta, ale czasem daje też do myślenia.

Rezultat wymieszania tych elementów: album nieco słabszy niż Audition sprzed trzech lat, ale za to bardziej spójny i nośny. Kiedy już oswoić się nieco z brzmieniem, z tej dźwiękowej breji powoli wyłaniają się kolejne kompozycje i hej, właściwie nie ma tutaj mielizn. Każdy z piętnastu kawałków lepiej lub gorzej broni się w pojedynkę, większość ma singlowy potencjał. Bo krótkie to i Nawet fajniej się Never Better słucha partiami, uszy się mniej męczą hałasem. Jeśli przetrwać to pierwsze zaskoczenie i poświęcić nieco uwagi, to okazuje się, że Stefonowi wyszła nieortodoksyjna muza ponad podziałami. Pozycja dla sympatyków jednocześnie Fugazi, Busdrivera, Gym Class Heroes i Jamiroquai (no bo każdy lubi Jamiroquai, prawda?).

Filip Kekusz    
7 maja 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie