RECENZJE

Portishead
Third

2008, Mercury 5.3

"Nowa płyta Portishead". Jeśli obcujecie z tym krążkiem a w tyle głowy kołacze się Wam ta prosta myśl, to podchodzicie do niego zupełnie błędnie. Mam taką teorię, że przy obecnym przerobie kulturowo-konsumpcyjnym data ważności wygasa po sześciu latach od wydania ostatniej płyty. Wszelkie późniejsze wydarzenia, nieważne pod jakim szyldem, to jest zupełnie inna, w dziewięciu przypadkach na dziesięć gorsza, historia. W trzech słowach: NIE MA POWROTÓW.

Więc. Mamy w rękach nową płytę jakiegośtam zespołu. Widać na niej silne wpływy grania bristolskiego, tej odmiany z lat dziewięćdziesiątych, która nie była jeszcze tak rozstrzelona stylistycznie, jak to się dzieje teraz. Poletko znane i zaorane, dlatego nie wiem do końca, cóż ta formacja tam robi i dlaczego nie chce go opuścić. Bardzo przepraszam, że już na wstępie wyartykułuję najgłupszy zarzut z pakietu dostępnych, ale no... po prostu. Tutaj nie ma nic nowego. A skoro już zespół zebrał się po tylu latach, to chciałbym wierzyć, że rzeczywiście miał coś do powiedzenia. Jak długo można być psychicznie rozbitym? Jak często można nawiązywać do poniesionych strat? Peja robi to od szesnastu lat i trzyma poziom, ale to wyjątek. Dobra, czyli jednak to jest Portishead, próba budowania piętrowych konstrukcji spaliła na panewce.

"Silence" zapowiada coś więcej, niż to, co dzieje się dalej. Tak to bywa z otwieraczami. Chociaż w kontekście poziomu całej płyty tekst utworu zakrawa na okrutną autoironię. "Did you know what I lost? / Do you know what I wanted?" – każdy, kto dotrwa do końca, zda sobie z tego sprawę. "Hunter" przyciąga dusznym i powolnym klimatem, rozbijanym regularnie przez schizofreniczne elektrowstawki. "Nylon Smile" w warstwie lirycznej operuje podobnym schematem co otwieracz, a w warstwie muzycznej – niemal takim samym, co reszta płyty. I tak można wymieniać i wymieniać, jednak każdy kolejny fragment budzi coraz więcej skojarzeń z tym, co usłyszeliśmy 5, 10, 15 minut temu. Ja wiem, że muzyka Portishead rozbuchana aranżacyjnie nigdy nie była, ale jakoś mniej to było odczuwalne. Co innego spójność, co innego nuda. I do tego jeszcze nieszczęśliwa Gibbons stwarza sobie znowu problemy, których rozwiązania poszukiwała siedem lat temu na "Out Of Season" i nie znalazła.

(No i jeszcze ten nieszczęsny "Machine Gun". Na temat roli, jaką odgrywa w muzyce popularnej zapewne powstaną całkiem niedługo mniej lub bardziej trafione analizy, ale nie zmienia to faktu, że eksperyment, który w zamyśle miał być wyrazem odwagi, stanowi najsłabszy punkt płyty. Przekora? Akurat.)

No ale konkluzja jest taka, jak w wypadku wielu materiałów aspirujących. Jakby odessać nieco siana, byłaby bardzo sympatyczna EP-ka – bardziej ciekawostka, nawiązanie do dawnych czasów, dodatek do reedycji z okazji czternastu lat Dummy, cokolwiek. Jako pełnowartościowa płyta nie daje rady i bardzo mocno podkopuje pionierską legendę.

Filip Kekusz    
5 lutego 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie