RECENZJE

Polysics
Neu

2003, Asian Man 5.7

Kto znudził się już tematem kraju Kwitnącej Wiśni proszony jest o opuszczenie strony. Wstyd znowu pisać o Japończykach, ale wątpię, żeby członkowie jakiejś innej nacji byliby w stanie od niechcenia porwać się na klimaty tak jebnięte w główkę jak twórczość Polysics. A im to przychodzi z naturalnością aż niepokojącą dla przeciętnego zrównoważonego Europejczyka. Nie chcę tu przekonywać, że ta młoda tokijska kapelka, od dwóch lat nieśmiało wdzierająca się na scenę amerykańską, zachwiała moim systemem wartości, ale na pewno mam poważne problemy z odbieraniem na tych samych falach, co kilku wściekłych Azjatów zapatrzonych w Devo i całą post-punkowo / new-wave'ową estetykę.

Wyznaczający nowe standardy w wariackim spazcorze Hey! Bob! My Friend! towarzyszył mi po raz pierwszy jako soundtrack do czynności szorowania podłogi i chociaż na początku oszałamiająca świeżość nowofalowego dalekowschodniego szaleństwa udanie zastępowała zachęty skośnookiego mastera z pierwszego Karate Kida, już po kilkunastu minutach straciłem kontakt z tym, co wyczyniali monotonni w swojej intensywności i entuzjazmie Japońcy. Pół godzinki i byłem gotowy zabrać się za ikebanę. Zawartość Hey! Bob! najlepiej przybliża wyobrażenie sobie schizofrenicznych robotów wyposażonych w abstrakcyjne poczucie humoru (co potwierdza rzut oka na uniformy muzyków), spotykane zazwyczaj u żyjących w odosobnieniu komputerowych maniaków-żartownisiów pokroju Mochipeta. Fascynujące wydaje się, że syntetyczna, zmechanizowana galopada unosząca się w oparach absurdu (electro zmiecione nirvanowskim riffem, za chwilkę wyśmianym kiczowatym wampirystycznym motywem, a wszystko na bazie westernowego rodeo-drive'u) przygotowana została przez "żywą" nowofalową załogę, a nie samotnego muzycznego zachwiańca.

Z naszego punktu widzenia (bo w Azji płyta pojawiła się już w 2000 roku, wcześniej niż Hey! Bob!) Neu to właściwie powielenie tego samego no-wave'owego funu z poprzednika – odrobinę mniej eklektyczne oraz spokojniejsze w serwowaniu kontrastów i w zakresie środków wyrazu. Kayo, czyli panna obsługująca syntezatory, poskramia odloty w stronę galaktycznego kiczu, a lider Hayashi spójnie zamyka kompozycje, prowadząc wszystko wokół maniackich, to prawda, ale bardziej tradycyjnych niż na Hey! Bob! partii gitarowych, odwołujących się głównie do korzeni punkowo-nowofalowych, jednak również hard-rockowych (ehem, jak się dobrze wsłuchać, te solóweczki).

Co jeszcze? Choć mundury z książeczki nie zniknęły, dyscyplina cyberstworzeń zastąpiona została zwarciem i zorganizowaniem o wyraźnie "ludzkim" charakterze. Troszeczkę to mniej frapujące, ale nie szkodzi – znać, że gdzieś tam Polysics chcą podążać w różnych kierunkach. Byle nie w stronę normalności, bo szaro i leniwie by się nam zrobiło. Na razie nie widać oznak spowolniania obrotów, natomiast grzech monotonii popełniony został po raz drugi. Zastanawia pewna prawidłowość: patrząc oddzielnie Neu nie razi żadnym słabszym momentem, a jednak powrót do tej jednostajnej wycieczki wymaga wewnętrznej mobilizacji. I nie pierdol mi tutaj o wolności rasowej, bo oceniam europejskimi standardami i liczyłbym na umiar w serwowaniu owoców nadpobudliwości. Wystarczyło urozmaicić repertuar uroczym closerem-odmieńcem, a już Gwara i Kinowski bili się o playlist.

Tym niemniej jeżeli lubicie przyjmować dziwne medykamenty od nieznanych osób w nieznanych miejscach, Neu powinno przypaść wam do gustu.

Michał Zagroba    
12 kwietnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie