RECENZJE

Pluramon
Dreams Top Rock

2003, Karaoke Kalk 7.1

W ciągu ostatniego tygodnia bez dnia przerwy musze zrywać się z łóżka najpóźniej w okolicach siódmej, by następnie udać się do centrum Warszawy. Betonowe miasto o tej porze nie zachęca do jakiejkolwiek aktywności życiowej, ponure desenie i brud raczej skłaniają do przeniesienia myśli na odległy krajobrazowi tor. Przypadkowo natrafiłem na inne rozwiązanie: na album, dzięki któremu post-PRLowski koszmar filtrowany jest przez coś na kształt szarych okularów. Potęgując wszechobecną brzydotę Dreams Top Rock równocześnie jakimś cudem nadaje jej tajemniczości i intrygujących cech. To zastanawia tym bardziej, że krążek sam w sobie gnieździ się nigdzie indziej, a w granicach dream-popu.

Pluramon to solowy projekt Niemca Marcusa Schmicklera, którego to pierwsze kroki zostały uwiecznione w 1996 roku na aż trzech płytach, sygnowanych różnymi nazwami (Marcus Schmickler, Wabi Sabi, Pluramon). Wszystkie pozycje określa się mianem IDMowskiej elektroniki; z uwagi na ich nikłą dostępność pozostaje mi jedynie przekazanie opinii innych. O Pickup Canyon (debiucie Pluramona) i jego followerze, wydanym w 1998 roku Render Bandits, wiarygodne źródła wspominają skromnie: że na pierwszym z nich udzielał się perkusista Can, Jaki Leibezeit. O najnowszej płycie Niemca prawić można długo, z nawiązką nadrabiając zaległości w opisywaniu jego dorobku.

MBV. Klasyfikację Dreams Top Rock koniecznie zacząć trzeba od tych trzech liter; niedomówieniem jest stwierdzenie, że kryjący się pod nimi absolut trzeciej płycie Pluramon przyświeca – kilka jej fragmentów to całkowita jego kalka. Już po czterech sekundach (tyle trwa intro) wyłania się "Time For A Lie", utwór zbudowany na tle nieznacznie kołyszącego się oceanu gitar oraz wymykających się nazewnictwu pogłosów. Rozwichrzony oczywiście głos pomagającej Schmicklerowi w nagrywaniu tej płyty Julee Cruise (znanej raczej nie ze swoich trzech albumów solowych a z utworu "Falling" – motywu przewodniego Miasteczka Twin Peaks) wyśmienicie kontrastuje ze swoją inną cechą: podobieństwem do bliźniaczek Valtýsdóttir z Múm. Jest zatem podwójnie piękny, zbierając cnoty szerokiej gamy krążków.

Ciekawiej jeszcze wypada pulsujący "Noise Academy". Za jednym podejściem trudno ogarnąć go w całej objętości, każda chwila bowiem wypełniona jest doznaniami na kilku płaszczyznach jednocześnie. Swoje założenie Schmickler ujął w tytule: jest nim doprowadzenie wygładzonej kakofonii do stanu nie tylko dla nas przyjemnego, a i delikatnego. Ze wsparciem objętych elektryczną pożogą wokaliz Cruise oraz bogatych rozwiązań kompozycyjnych (których nieco brakowało w "Time For A Lie") operacja się powiodła. Nie wiem zresztą w którym aspekcie z lepszym skutkiem.

Pluramon to projekt post-rockowy, bazujący na strukturach rock’n’rollowych, działający jednocześnie w kategoriach odmiennych, przede wszystkim electro. Choć nie tylko, znajdująca się na krawędzi pierwszej połowy Dreams Top Rock "Flageolea" przeradza się po trzech minutach w niezwykle udaną wycieczkę w snujący się leniwie jazz a la wolny Glenn Miller (!). Dominacja elektronicznego tła na papierze sugerować może odwołanie do Loop-Finding-Jazz-Records, Schmickler to jednak kompletna inna bajka: jest o wiele mniej syntetyczny i w efekcie nie tak precyzyjny. Ponadto siłą jego krążka znów jest wokal. Powtarzane kilkakrotnie "I'm not gonna stay" przywołuje silne emocje związane z koncertem Múm w CDQu. Oprócz talentu Cruise duże znaczenie odgrywa z-echowana produkcja jej głosu, przywodząca na myśl ścieżki Liz Fraser w nagraniach Cocteau Twins.

Niedoskonałości songwriterskie albumu nie są wprawdzie wyniszczającym go wirusem, ale przytrafiają się. "Have You Seen" pomimo interesujących stron (do jakich zaliczam akustyka brzmiącego niczym po przepuszczeniu przez analogi) drażni banalnością refrenu. "Difference Machine" z kolei pozostanie zalążkiem nieodgadnionego do końca pomysłu. W pierwszej części serwowana jest nam pewna historia (Virgin Suicides, anyone?), bezcelowa szamotanina drugiej może spowodować zwątpienie. Zostaje ono na szczęście wkrótce w pełni rozwiane pełnym patosu closerem Dreams Top Rock, rzucającym na kolana "Log". Oprócz wymienionych wcześniej inspiracji zupełnie niespodziewanie kłania się tu w wersji electro rzężący eksperyment Yo La Tengo ze "Spec Bebop". Schmickler w ciągu tych pięciu minut pysznej plątaniny jazgotu z genialnie miażdżącym motywem zdmuchuje z godnym podziwu rozmachem każdy element znajdujący się na powierzchni ziemi, dumnie pokazując, że nagrał płytę spokojnie pretendującą do listy najlepszych tego roku. Można tylko przytaknąć z pokorą i ponownie wcisnąć play.

Jędrzej Michalak    
18 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie