RECENZJE

Pleasure Forever
Alter

2003, Sub Pop 6.0

Debiut Pleasure Forever ma ten problem, że jest jedną z najnudniejszych płyt na jakie się ostatnimi czasy natknąłem, koncept-albumem przygnębiająco bezradnym, przeładowanym ogromną ilością bardzo złych pomysłów i fatalnych rozwiązań kompozycyjnych. Napotykamy tam na przykład partię organów odwołujących się do niskobudżetowych horrorów klasy C, bezsensowne przejścia z rockerskich zaśpiewów do idiotycznych miniatur fortepianowych, denne epiki ujawniające myślenie o konstrukcji utworu w kategoriach szybciej/wolniej, głośniej/ciszej, a nawet pieśń defiladową.

Alter jest już świadectwem znacznie dojrzalszego podejścia, przeproszenia się z kompozycjami, rozsądnej selektywności. Goście bardzo serio przyłożyli się do rzeźbienia symetrycznych kształtów, zaczęli ostrożniej ważyć proporcje, gładko jak po maśle przechodzą z konwencji w konwencję, wszystko jest poukładane. Nadal jednak nie potrafią wskrzesić iskry, zdobyć się na jakąś natchnioną niedbałość albo mniej oczywiste przejście. Ich lubowanie się w epickich formach, i ta śmiertelna powaga, przeradzająca się w drętwotę, stawia Pleasure Forever w jednym rzędzie z Toolem – ha, właśnie takie z nich luzaki! Kto wie, może nawet obie grupy spotykają się czasem na wspólnych libatkach, mieszkając, bądź co bądź, nie tak daleko. Wątpliwe, żeby wdawali się wtedy w gadki o kutaszeniu. Rothbarda i Keenana zdają się bardziej zajmować dysputy o średniowiecznej scholastyce, albo rozmyślania "ile diabłów byłoby w stanie zmieścić się na główce szpilki". Na szczęście, oprócz zamiłowania do rozbudowanych struktur, największe podobieństwo polega na żulerskich mordach obu wokalistów; tercet z San Francisco wyrasta z całkiem innych tradycji.

Pleasure Forever opierają swój styl na dość ubogiej, ale bardzo dynamicznej ścianie dźwięku, która w pewnym momencie staje się tak monotonna, że przeistacza się w irytujący homogeniczny warkot. Obracający się wałek gitarowy brzmi bardzo podobnie w niemal wszystkich dotychczasowych utworach, również tych z self-titled, a jeśli dodać do tego jednostronny performans wokalny Rothbarda, jego przeciągły rzewno-hard rockowy zaśpiew i denerwujące powielanie melodii okazuje się, że kolesie potrafią wycisnąć z człowieka resztki życiowych soków. Chodzi tu prawdopodobnie o jakieś odziedziczone w genach nudziarstwo, bo przez Alter przewijają się różnorodne style, w dodatku zgrabnie ze sobą połączone. Kalifornijczycy jednocześnie uprawiają powłóczysty, homerycki punk i gotycki kabaret oparty na głupawych partiach organów, a wszystko z iście teatralną ekspresją, starając się przesycić muzykę atmosferą ostatecznego przeklęcia, dekadencji, końca cyklu etc. Z bardzo przyzwoitym efektem udało im się przejąć cząstkę podniosłej melancholii Trail Of Dead i garażowej poezji Walkmen. Jednak pojawiające się tu i ówdzie masywne riffy, toporne gitarowe kaskady dźwięku nie należą do kąsków najsmaczniejszych i wspólnie z nieznośnym proroczym klimatem topią wszelkie prawdziwie intrygujące, eksperymentatorskie zapędy w pokładach dłużących się mdłości.

Michał Zagroba    
30 maja 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja