RECENZJE

Plazmatikon
Dżemsesje

2007, Fonografika 6.8

Bieżący rok trwa już dobre dwa miesiące, a ja wciąż nie mogę się w niego wdrożyć. W dalszym ciągu po łokcie tkwię w ubiegłym niezwykle udanym dla muzyki roku. Od co najmniej trzech lat nie było lepszego, a jednym z albumów które przyczyniły się do ukontentowania tej optymistycznej tezy jest bez wątpienia debiutancki długograj Plazmatikonu. Doprawdy na przestrzeni kilkunastu ostatnich miesięcy trudno było się doszukać na polskiej scenie bardziej intrygującego zespołu. Co najciekawsze nie chodzi tu jedynie o jakość muzyki, ale także o ukryty pod nią fundament ideologiczny. Prawdopodobnie większość czytelników zna zarysy tej ożywczej koncepcji kompozycyjnej, jednak na wszelki wypadek wyłuszczę ją w kilku słowach. Otóż panowie z Plazmatikonu tworzą swoją różnorodną i "intuicyjną" muzykę w oparciu o wiekowe instrumenty zza Żelaznej Kurtyny wyprodukowane na przełomie lat 70 i 80 ( m.in. enerdowskie beatmaszyny "Vermony", instrumenty klawiszowe radzieckiej "Elektroniki" i polskiej "Unitry"). Nie wiem dlaczego, ale za każdym razem kiedy o tym czytam szczery uśmiech wykrzywia moją twarz, a socrealizm nagle przestaje mnie żenować.

Nim przejdę do epicentrum recenzji chciałbym jeszcze rozszyfrować tytuł krążka. Jak się zapewne domyślacie wcale nie chodzi tu o truskawki, a o wgniatające w parkiet jamy. Obłędnie nieszablonowa zawartość Dżemsesji została wykreowana na bazie pomysłów powstałych podczas cyklicznych koncertów w warszawskiej Klinice, które to pomysły zostały później odtworzone w studiu. Wydaje się, iż nasz cudownie rozimprowizowany (no wiem, że nie ma takiego słowa, ale nie będzie mi tu Word dyktował co mam pisać) kwartet razem z kompanią gości nie zmarnował ani jednej minuty w studiu świetnie się przy tym bawiąc, co z pewnością udziela się każdemu słuchaczowi, a mi w szczególności.

Mimo tych ściskających krtań założeń (że improwizacja i nietypowe instrumentarium) płyta okazała się sporym sukcesem artystycznym, a publika na koncertach wije się jak w ukropie. Na dodatek za każdym dźwiękiem kryje się tu ujmująca swoboda ufundowana na imponującej potencji intelektualnej twórców. Nie ma co się ograniczać werbalnie, błyszczący intelektem spontan obezwładnia nie tylko odbiorców, ale także struktury zdrowej kompozycji. Sprobujcie uchwycić chociażby strumień świadomości ''Paralizy'', albo lepiej nie, bo i tak polegniecie. Ułatwię wam zadanie, ktoś tu po prostu wysłał krautrockowców w kosmos. Z kolei w ''Słodycze Kawa Słodycze" w tytule ewidentnie brakuje słowa trans. Ten ZŁY bas plącze myśli i wyrzuca na sam środek parkietu. Pani co śpiewa nie zna słowa ''pretensjonalny'' i czuje się naprawdę dobrze, Ty chyba też i nie ma innej opcji. Kto nie tańczy ten zmywa po kawie. Mała rada, jeśli masz poważne wątpliwości co do wierności twojej kochanki, to pod żadnym pozorem nie włączaj jej następnego tracka. Wszystkim innym gorąco polecam, bowiem można się zadurzyć w tych umiejętnie wplecionych samplach, obłąkanych dęciakach i nerwowych klawiszach, a o transowym niemal głębinowym basie, który płynie w każdym kawałku już pisałem. Następny w kolejce ''Robotique'' oferuje mocarny riff i pot spływający ze skroni (zwłaszcza u ofiar ADHD), nie można też zapomnieć o genialnej partii fletu w ''Dżemsesji No.25''. Niestety dwa zamykające krążek utwory dość nieprzyjemnie się dłużą, jednakże doceniam dubowe eksperymenty.

Teoretycznie powinna być klapa, a tu psikus i płyta robi się okołolistowa. Aż ciśnie się na usta pytanie: jakim cudem współczesna lanserska elektronika (broken beat, nu jazz, avant pop) grana na tym przedpotopowym szmelcu brzmi tak dobrze?! Prawdopodobnie z odpowiedzią na to pytanie mieliby problem nawet sami twórcy. Może nie będę już w to wnikał, mam jednak nadzieję, iż nie podzielili oni losu Fausta czy coś.

Wojciech Sawicki    
18 lutego 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie