RECENZJE

Plastic
Plastic

2006, EMI 6.3

Moje pierwsze zetknięcie z Plastic było przypadkowe. Rzadko słucham radia na więcej niż minutę, ale raz wyjątkowo zaczepiłem ucho na dłużej – przyjemnymi easy-piosenkami częstował Marek Niedźwiecki, mój niegdysiejszy (miało się 12 lat) idol. Jedną z nich był jakiś ultra-świeży – to się dało wyczuć od razu - pop, dance’owo-chilloutujący. Jak się okazało – pop polski. Agnieszka Burcan i Paweł Radziszewski gościli potem nawet w studiu, cośtam komentując i śmiejąc się, ale nie pamiętam. Przez kolejne półtora miesiąca szukałem ich płyty, byłem na koncercie w Trójce, następnie znów szukałem albumu przez parę tygodni (by w końcu z desperacji nabyć go przez Allegro). Przez cały ten okres od zapoznania się z pojedynczym utworem po zdobycie longplay’a, natknąłem się na medialne wzmianki o Plastic tylko dwa razy: na samym początku, właśnie przy okazji wywiadu u "niedźwiedzia", i pod sam koniec, gdy dostali w Teleexpresie 15 sekund: 5 na wypowiedzenie dwóch zdań i 10 na mignięcie przed oczami nowym teledyskiem. A powinno być inaczej!

Marzę o czasach, kiedy o tym, co lubi na śniadanie Agnieszka Burcan, a czego nie lubi, będą pisać zarówno "Viva" jak i "Gala", kiedy na koncerty Plastic, sponsorowane przez Zetkę i MTV, tłumy będą walić drzwiami i oknami, kiedy ich single będą masakrować kolejne rekordy list przebojów. Chętnie dopisałbym do konstytucji artykuł przynajmniej reklamujący, jeżeli nie nakazujący, słuchanie tego duetu. Póki co prawo jest niedoskonałe i co za tym idzie przychodzi nam obserwować, jak dojrzały popowy produkt z Polski (nie po raz pierwszy) tak bardzo przerasta potencjalnych odbiorców, że spotyka się ze śmieszno-żałośnie śladowym odzewem. Ot takim tylko jaki ma zapewniony każda płyta wydana przez Pomaton.

Nie wiem zresztą czy bardziej bluzgać na potencjalnych słuchaczy, czy raczej na tych, którzy "potencjalny" target przekuli indolencją na target "niedoszły". Panowie funkcjonujący powszechnie we wrogo nastawionej studenckiej wyobraźni jako grubasy w garniturkach, decydujący co będzie promowane, puszczane, pokazywane, a co nie, mieli podstawy przypuszczać, że materiał z Plastic "nie chwyci". Niby to dance-pop, ujęty grzeczniutko w zwrotki i refreny, z panną na wokalu, ale jednak nie tak bezczelnie prosty jak "haaabaaaa". Teksty głównie nie po polsku, kolejny minus – my tu potrzebujemy "Ciągle jesteś / I nie ma cię", "A Agnieszka / Była ok", "Tutaj jest jak jest / Po prostu". Nawet prosty angielski, ale wykraczający poza "I love you", "now", "forever", "together" najwyraźniej odpada, co pokazuje zresztą nie tylko smutny przykład Plastic.

Jak widzicie zebrało mi się na wylewną recenzję ku chwale zagrożonej ojczyzny, czy nawet globalnie urbi et orbi. Męczące to dla was i dla mnie, może zatem włączmy konkreto-podwajacz. Zacznijmy od wspomnianej Agnieszki Burcan, śpiewającej tu autorki wszystkich kompozycji jak i tekstów. Siedzi w branży muzycznej od lat już, miliarderzy z Google donoszą o pracy w telewizji (w chórku w jakimś programie, więc może to epizod był), jak i o karierze producenckiej (jakieś tu widzę aranże dla Marka Kościkiewicza). Z Trójką styczność paroletnią miał zaś Paweł Radziszewski, być może stamtąd się wzięła jego profeska w muzycznym programmingu. To, że członkowie Plastic nie wzięli się znikąd (a na pewno nie z Zabrza w każdym razie – pozdro Seba), słychać od razu. To są zawodowcy, mający pod ręką nie gorszy sprzęt od producentów Milky. Takich różnic w każdym razie nie słychać.

Ale pal licho technikę, to owszem ważne w komercyjnym świecie by nie zalatywać strzechą, ale nie wydaje się by Brodka i inne produkty polskiego popu wyraźnie odstawały w tym względzie od zachodnich wzorców. Co więc odróżnia Plastic od innych? Świeżość. Morska bryza, dopiero co skoszona trawa, wyjęty z pieca sernik – all included na tych dwunastu kawałkach. Smoothowy "Szukam", jeden z dwóch numerów po polsku, przywołuje wprost szczytowe dokonania Reni Jusis (wara od dissowania Reni jeśli nie znacie Elektreniki). Repetycje "Szukam tuuu / Szukam taaam / To cały sens życia" odbijają się w głowie milusim transem, potęgowanym przez zapętlony basik, którego obecność nie dziwiłaby w jakimś kawałku Braxe’a. Albo "Gotta Be Good" - Thriller, znaju? Kolejną perełką, która brzmiałaby dobrze grana nawet na sucho na akustykach jest "Feel Me". Chórki ogrzewają serducho harmoniami, a detale (między innymi saksofon) przednio kręcą z wokalem powolny taniec. Warto wspomnieć o głosie Burcan – nie tylko nietuzinkowym ale i pożytkowanym dojrzale, z ikrą. Zestaw wcieleń szeroki – od luźnej bossówy (tej tu najwięcej), przez seksowną prowodyrkę, po delikatną your-only-one. Nie ma mowy o przesycie drugą (ani żadną) z tych opcji, dzięki czemu wolę Plastic od Paris, bogatszej we wszelakie konteksty i oferującej kilka zajebistych tracków (wiadomo!), ale siadającej równocześnie słuchaczowi okrakiem na twarzy, co nie trafia w przykładowo moje estetyczne gusta.

Zarzut o rykowisko zatem odpada, ale nie wszystkie słabe punkty komercyjnego popu omijają krążek. Pierwszy singiel "Oo Lala" miał być chyba celowym uproszczeniem na rzecz eskowo-radiostacyjnych imprezowiczów, ale nie dość, że nie staranował radiowych playlist, to jeszcze przyniósł najsłabszy fragment albumu – płytki już na papierze i w realu rzeczywiście nudnawy. Winylowe szumy nie ratują sprawy. Kolejny singiel "Superstar" też nienajszczęśliwszy, z fajną, Annie-alike zwrotką, ale przenaiwnym refrenem. "Whoever" wchodzi jak ciepła bułka pojedyczno, jako dziewiąta część longplaya tymczasem zlewa się z całością. O - jest to wada obciążająca (bardziej lub mniej) całość materiału, przez co nie mówimy tu jeszcze o najwyższej światowej klasie, polskim w prostej linii odpowiedniku Milky. Chwilami można się wszak nad tym zastanawiać, posłuchajcie siedmiu minut „Nice Girl”. Hook na hooku (już intro gryzie), groove ziejący z każdego kąta, na dokładkę Kubańczyk Reinaldo Ceballo zarzucający pianinem na biodra lasso salsy. Tak naprawdę nie mam pojęcia czy to salsa, ale kogo to.

Z Plastic wiąże się moja największa radiowa wtopa - przygnieciony tysiącem zdań, jakie się przy okazji tego cennego krążka nasuwają (zresztą patrz rozległość tej recy), jak ten głupol zawiesiłem się na kampusowej antenie na nieprzećwiczonym wcześniej (hehe) słowie. Zbyt wiele pozytywnego kojarzy mi się z tym duetem, by miało to jakiekolwiek znaczenie. O wiele gorsze jest wrażenie, że w eterze szerzą dobro Plastic tylko Niedźwiecki i ja. Tak właśnie my tu razem z panem Markiem puszczamy ich, ponadto Rabka.pl ogłosiła Agnieszkę Burcan powodem do dumy dla kultury rabczańskiej (link). To chyba tyle komercyjnych sukcesów Plastic w Polsce. Nie komentuję.

Jędrzej Michalak    
27 grudnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja