RECENZJE

Plastic Constellations
Mazatlan

2004, 2024 7.3

Ile to już razy słyszeliśmy tę archetypową historię? Kilku wrażliwych czternastolatków, przyjaciół marzących o rockowej karierze, postanawia założyć zespół. Rodzice Ryśka byli kiedyś hippisami, toteż w trosce o twórcze wyżycie się pociech chętnie udostępniają im garaż (ich sąsiedzi, emerytowany wojskowy z żoną i księgowy-kawaler zgrzytają zębami z wściekłości). Paczka najczęściej rozpada się po kilku próbach: są przecież imprezy, futbol, dziewczyny. Ale raz na jakiś czas zdarza się, że jest w tym coś głębszego: próby (ku rozpaczy sąsiadów) stają się coraz częstsze, zaczynają się koncerty, magia. Mieścina staje się za mała, by pomieścić energię chłopaków; robi się o nich głośno. Wyleźli dosłownie znikąd i nagle już tu są, infekując eter zaraźliwymi melodiami. Tak kumy, powitojcie The Plastic Constellations.

Mazatlan jest drugim albumem w dorobku tego kwartetu (już) dwudziestolatków z Minneapolis w stanie Minnesota. Aaron Mader i Jeff Allen uzupełniają się na rytmicznej i prowadzącej, a także kontrują wokalnie, Jordan Roske popyla na basie, za perką siedzi Matt Scharenbroich. Są młodzi, autentyczni, utalentowani i to słychać: już od pierwszych chwil płyty przysypują nas furią mocarnych motywów à la Fugazi, śpiewając na pełnym luziku, przez co wprowadzają Pavementowy niezal-feel. Nie ukrywam, że z miejsca mają u mnie dodatkowe "punkty za pochodzenie", za styl ("dla mnie masz stajla"). Słuchamy tu na Porcys wszystkiego, ale nikt chyba nie zaprzeczy, że (z pewnymi wyjątkami) to właśnie na "niezal-rocku" najbardziej zjedliśmy zęby i to tam mamy łaskotki. Jeśli chłopakom udaje się dodatkowo przekazać część energii PGMG i zaskoczyć wieloma dobrymi cięciami w stylu LSF (ah te kryptonimy), a wokalista ma głos podobny do Travisa Morrisona (znowu), to ocena po prostu nie może spaść poniżej siódemki.

Poprawka: mogłaby, ponieważ samo wzorowanie się na najlepszych, skądinąd słuszne, nie przekłada się automatycznie na jakość. Nie zapominajmy, że potrzeba tu czegoś więcej. Szczęśliwie Mazatlan stanowi kolejne potwierdzenie uniwersalnej zasady, że świetne, pomysłowe patenty i skoncentrowanie na songwritingu wydają owoce. Chwytliwy refren openera "We Came To Play" przynosi tchnienie świeżości – od razu słychać, że mamy do czynienia z grupą młodych entuzjastów, którzy bynajmniej się nie opieprzają. Utwory zaskakują nieprzewidzianymi zwrotami, a ich brzmienie to po prostu stary znajomy, do którego nie sposób nie wyciągnąć ręki – fuzja Good Health z przygwożdżającymi, repetytywnymi tematami w duchu Mackaye'a i Picciotto, okazjonalny groove D-Planu, po prostu miodzio. Zaraz po nim pojawia się perła tracklisty, "Evil Groove", z niezwykle intensywnym i zmuszającym do niekontrolowanych ruchów zestawem hooków.

Trudno wręcz złapać oddech; "East Cleveland" to wymiatający, humorystyczny niezal-hymn w stylu Dismemberment Planu (z którym to zresztą PC mieli okazję koncertować), "Mazatlan" mógłby być wyjęty z sesji do Crooked Rain, Crooked Rain. Jeszcze lepszą informacją jest to, że PC cały czas trzymają wysoki poziom. "Vicious Devotion" zaskakuje hip-hopową melodeklamacją, melancholijny "No Complaints" poszerza instrumentarium o gitarę akustyczną i pianino, a kończący płytę "Keep It Live" to znakomicie rozplanowany utwór, płynnie przechodzący od Planowego funku do zbiorowego darcia mordy w refrenie na kształt Jawbreakera i pozostawiający słuchacza w ciszy wypełnionej uczuciem podziwu. I znowu nie chce mi się wierzyć, że ta płyta jest taka zajebista. Może coś przegapiłem, jakąś wpadkę? Muszę puścić ją jeszcze raz. Tak, a teraz puszczę sobie jeszcze raz.

Tomasz Gwara    
13 września 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie