RECENZJE

Plaid
Double Figure

2001, Warp 8.5

Występ Plaida w ramach ubiegłorocznego Sonaru był jednym z największych wydarzeń tego barcelońskiego festiwalu elektronicznej muzyki i sztuki. Ich tamtejsza forma nie powinna dziwić, gdyż miesiąc przedtem wydali krążek Double Figure, o którym będzie mowa. Zresztą ich forma nigdy nie schodziła poniżej pewnego wypracowanego poziomu.

Double Figure to już trzecia płyta na koncie Ed Handleya i Andy Turnera, którzy już na początku lat 90-tych zaczynali swój żywot artystyczny w towarzystwie Ken Downiego jako triumwirat Black Dog, kładąc podwaliny pod brytyjską scenę elektroniczną. Trzeci krążek potwierdził klasę duetu i utwierdził mnie w przekonaniu, że na każdą ich płytę trzeba czekać z wielką niecierpliwością. Właściwie oni nie muszą już niczego potwierdzać. Ich zadaniem jest tylko nie obniżać wysokiego pułapu jaki osiągnęli, o co jestem spokojny, biorąc pod uwagę poziom Double Figure. Tworzą niezwykle barwną i melodyjną elektronikę. Ułożoną, bajeczną, doskonałą. Nie sposób nie poczuć radości i nie dać się ponieść muzyce tworzonej, zdawałoby się czasem, przy małej pomocy aniołów.

Wystarczy zacząć słuchać płyty, aby zrozumieć w czym rzecz. Pierwszą perełkę, "Eyen", zaczyna delikatna, błoga linia gitary, która wydaje się beztrosko leżeć pod gruszą na pełnej słońca i kwiatów łące. W jednej chwili w paradę włącza się bas, zdający się próbować namówić rozleniwioną melodię gitary do wspólnego spaceru, i gdy po chwili w przestrzeń utworu wkracza rytm, połączony z jakimś niebiańskim wyciem, wiemy, że mu się udało. Instrumenty łączą się we wspólnej przygodzie i po optymistycznej wędrówce docierają w okolicach trzeciej minuty do... No właśnie, do czego dotarli nasi bohaterowie, musicie już zapytać ich samych, albo siebie słuchając tej płytki. Wspomnę tylko, że naprawdę warto było dać się porwać razem z nimi, hehe.

Takich oczarowujących kompozycji jest tutaj więcej. Drugi numer, "Squance", jest już dużo żywszy, najbardziej energiczny fragment płyty. Nawet nie zauważycie, gdy w takt agresywnego basu, uzupełnianego w swych kulminacyjnych momentach niepokojącym syntezatorem, a przy końcu wzmocnionego spreparowanymi okrzykami złowieszczego tłumu, zacznie wam latać głowa, a potem dołączy do niej jeszcze ręka w geście proletariackiego "do boju". Całość płyty jest spójna, ale każdy odcinek opowiada o czymś innym, co sprawia, że pochłania się ją bez zająknięcia. "Zamami" dosłownie rozkleja słuchacza swym pięknem i spokojem, na tle których gra nam ktoś na wodnych, muszlowych cymbałach. Płyta do końca nie traci nic ze swojego blasku i mimo, że niektóre kompozycje mogą nam wydawać się słabsze (co oczywiście jest naturalnym wrażeniem), nasza świadomość jest obficie zalewana soczystymi melodiami i bajeczną muzyczną wyobraźnią.

Czarodziejskie flety, tajemnicze szepty, bongosy, zawodzące horny i przede wszystkim elektroniczna wirtuozeria przez ponad godzinę wypełniają naszą głowę niezwykle bogatym, kolorowym i przyjaznym światem muzyki. Mój ulubiony moment płyty słychać w 4:17 w "New Family" kiedy po złudnym wygaszeniu melodii żeńskie "now" wybija ten kawałek na jeszcze wyższy level. Bardzo głęboki strzał, którego smak da się poczuć po wysłuchaniu utworu od początku. To znakomita płyta doświadczonych wilków z Warpa.

Krzysztof Zakrocki    
18 marca 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie