RECENZJE

Placebo
Sleeping With Ghosts

2002, Virgin 3.8

Pamiętacie pierwszy koncert z prawdziwego zdarzenia, na którym byliście? Ja tak, w 2001 roku byłem w Stodole na Placebo. Nigdy wcześniej nie widziałem występu rockowego zespołu, wiążą mnie więc z dziewiątym kwietnia owego roku wyjątkowe wspomnienia: najpierw dwie godziny stania w deszczu przed klubem (heh, wtedy jeszcze do głowy by mi nie przyszło, że wejście może zostać otwarte z kilkusetminutowym opóźnieniem), następnie nerwowe oczekiwanie na pojawienie się zespołu i wreszcie sam koncert: energetyczny, głośny, momentami piękny. A ta duchota! Tam było chyba z pięćdziesiąt stopni, bez kitu. I jak tu nie mieć sentymentu do Placebo? I jak tu się nie wkurzać, że niegdyś jeden z ulubionych zespołów nagrywa coraz nudniejsze i coraz śmieszniejsze płyty?

Powód do bluzgania mam tym bardziej, że klęska przyszła niespodziewanie. Pierwszy singiel ze Sleeping With Ghost – "The Bitter End" – zapowiadał się bowiem nawet nieźle. Jasne, ten motyw z pianinkiem jest kiczowaty, ale reszta całkiem na miejscu: miłe gitarowe łojenie i świetnie wpasowany w utwór wokal Molko. Niestety zapomniałem, że już przy okazji ostatniej płyty, Black Market Music, po dobrych singlach (zwłaszcza chodzi mi o "Taste In Men") nadeszła średnia płyta. Tym razem jest podobnie, niestety z naciskiem na niski poziom albumu.

Pierwsze dwa utwory są jednak ciekawe: bardzo hałaśliwe nawet jak na Placebo intro ("Bulletproof Cupid"), po którym wkraczasz w melodyjny i pomysłowo zaaranżowany "English Summer Rain". I to jest po prostu chamskie, bo do końca płyty łudzisz się, że coś z tego będzie. No bo jak to, nagrali fajny singiel, album otwarli z polotem i krążek ma być słaby? Nudny? Żałosny? Yup. Niestety, yup. Nie będę wymieniał całej reszty utworów, bowiem ponad połowa z nich jest do siebie niemal bliźniaczo podobna. Albo mamy do czynienia z szybkimi gitarami, cholernie melodyjnym (trzeba to przyznać) wokalem Molko i czymś, co chyba miało być "domieszką elektroniki" (?), albo z balladą, w której główną rolę odgrywa głos i wykonywane nim uczuciowo-nastrojowe manewry. Nieważne, na co trafimy, zawsze po chwili zaczynamy się zastanawiać, czy tego już przed momentem nie było. Lub czasem inaczej: a ciekawe co będzie za chwilę? W następnym utworze? Może od razu sprawdzę?

Już na Black Market Music Placebo zaczęli eksperymentować. Była tam taka jedna pieśń, zarapowana wraz z fanem, którego ten nieszczęsny pomysł był autorstwa. Wydawało mi się wówczas, że niżej ten zespół zejść już nie może. Ha! Oto przed wami "Something Rotten", jak przeczytałem w jednej z recenzji, "naśladownictwo Kid A". Czy muszę coś jeszcze dodawać? Wprawdzie utwór ten nie ma zupełnie nic wspólnego z wyżej wymienionym krążkiem (w sumie jest to po prostu pseudo-alternatywny bełkocik, kiczowaty misz-masz), ale jeśli już wyobraziliście sobie kogokolwiek małpującego czwarty album Radiohead, skala osiągniętego efektu odstraszającego jest właściwa. Ale to nie koniec przygód na Sleeping With Ghost. Brian Molko przedstawia nam bowiem nowe, tym razem boys-bandowe oblicze swojego zespołu.

Trzymający się (w geście rozpaczy) za pierś Brian zadumanym i zarazem pełnym napięcia głosem woła do nas: "I'll be your father / I'll be you mother / I'll be your lover / I'll be yours". (Brakuje tu "oh" i "babe", nieprawdaż? Ale są jeszcze niedoświadczeni, może na następnej płycie uda im się napisać godny porównania do "I Want It That Way" klasyk. Nie skreślajmy ich!) Mam nadzieję, że nakręcą do tego klip, ciekaw jestem, jak mocni są w tańczeniu? W każdym razie, jeśli macie dwunastoletnie siostry, bez problemu zleją się ze wzruszenia przy "I'll Be Yours" w majty. I ja też – przyznaję jak najbardziej szczerze – osiągnąłem już za pierwszym przesłuchaniem spowodowane dogłębnym wzruszeniem upojenie.

A pomyśleć, że ten sam zespół nagrał kilka lat temu Without You I'm Nothing! Mroczny, agresywny, momentami wręcz porażający album, dzięki któremu czekałem na kolejne krążki Placebo z niecierpliwością. Ale, odkąd grupa wykastrowała swoje brzmienie z urzekającej naturalności i opakowała się plastikiem, czasy te wydają mi się coraz bardziej odległe. Odkąd z kolei gubią się w eksperymentach i niemal wciąż powielają te same schematy, nie noszę już kupionej na swoim pierwszym koncercie koszulki z nazwą kapeli. Co ciekawe, na tegoroczny ich występ (a prawdopodobnie zagrają jesienią w Polsce) może i pójdę, w końcu temperatura wewnątrz Stodoły i tak zmusza do robienia sobie przerw na oddech. Jeśli ustawię się blisko wyjścia, będę mógł udawać, że jestem na Placebo sprzed dwóch-trzech lat. Jeszcze wtedy prawdziwym, swawolnym, interesującym Placebo.

Jędrzej Michalak    
6 marca 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie