RECENZJE

Placebo
Black Market Music

2000, Hut 5.4

Brian Molko potrafi jednocześnie zachwycać i nudzić. A najciekawsze, że potrafi dokonać tego w czasie jednej piosenki, jednej zwrotki, ba, nawet jednego zaśpiewanego wersu. Kto wie, czy Placebo nie jest pod tym względem swoistym fenomenem. Muzyka tego zespołu działa mi na nerwy, ale coś nie pozwala mi przejść obok niej spokojnie. Cenię ją na swój sposób, ale żywię względem niej także diabelską nienawiść. Głos Molki drażni swoją monotonią i metalicznym brzmieniem, ale także wciąga tajemniczym, depresyjnym klimatem. Molko jest najbardziej nużącym, i zarazem denerwującym wokalistą w historii muzyki rozrywkowej (nominacje otrzymali ponadto: Steven Tyler, Bono, Anthony Kiedis i Johny Rotten). Śpiewa o mrokach życiowych: narkotykach, lękach, chorych uczuciach. Poszczególne utwory grupy są do siebie bardzo, ale to bardzo podobne; z jednej strony jest to okropna wada, z drugiej zaś niepodważalna zaleta, dodająca spójności materiałowi.

Najlepsze utwory: "Taste In Men", oparty na jednostajnej pętli basu (przywołującej na myśl początek "Block Rockin' Beats" Chemical Brothers) i obfitujący w pasjonujące gitarowe wybuchy; "Special K" z przejmującymi harmoniami głównej melodii, wyjątkowo uczuciowym głosem Molki i kapitalnym, agresywnym refrenem; dramatyczny "Slave To The Wage" o niepodważalnie dużym ładunku energii. Zauważcie, że właśnie wymieniłem wszystkie trzy single z Black Market Music. Przypadek? A może Placebo sprytnie uwodzi słuchaczy, wybierając do promocji najlepsze kawałki; potem okazuje się, że płyta nie oferuje nic więcej ciekawego. Aby pozbyć się zarzutu złośliwej, bezpodstawnej krytyki, dorzucę więc jeszcze "Narcoleptic", jedną z niewielu tu prawdziwie lirycznych ballad. Najsłabsze utwory? "Spite & Malice", bezsensowna próba urozmaicenia stylu Placebo jakimiś rapowanymi wstawkami a la Limp Bizkit, w łagodniejszej, rzecz jasna, wersji. "Blue American", ewidentny plagiat głównego motywu gitary z "Something In The Way" Nirvany. Żałosne. A propos dwóch akordów – z tylu składa się mój kolejny "faworyt", "Peeping Tom" (no dobrze, w refrenie pojawia się na chwilę trzeci). Generalnie: najsłabszą stroną tego albumu są blade kompozycje. Dla jednych będzie to nudne jak flaki z olejem, dla innych hipnotyzujące, mistyczne i głębokie. Osobiście nie podpiszę się pod żadną z tych wersji, choć nie ukrywam, że bliżej mi do tej pierwszej.

Borys Dejnarowicz    
6 października 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie