RECENZJE

PJ Harvey
Uh Huh Her

2004, Island 5.8

Zanim ktokolwiek zacznie czytać, zaznaczam że nigdy nie byłem fanem PJ. Nigdy specjalnie nie uwielbiałem żadnego z jej albumów, choć przyjemnie jest od czasu do czasu zapodać sobie świetne Rid Of Me, na czym kończy się wracanie do jej dokonań w moim przypadku. Tak więc, nowy album jakoś szczególnie nie miał mi pobudzać neuroprzekaźników; pisanie recki też łatwo nie przychodziło (jednak błędne w kilku przypadkach przypuszczenie ilustruje wyraz mojej twarzy podczas odsłuchu "Who The Fuck", o czym później). Należy też od razu wywlec zamysł (to znaczy, nie interesują nas teraz intencje Polly Jean, jedynie własna apercepcja) albumu od razu, by jasność była:

katharsis (psych.) «ujawnianie w procesie psychoanalizy dotychczas nieświadomych przeżyć o charakterze urazowym i usuwanie towarzyszącego im napięcia emocjonalnego» (za Słownikiem Języka Polskiego PWN)

Otóż, ostatnie wydawnictwo pani Harvey, jak te poprzednie zresztą, jest przeciwieństwem postawy pod tytułem "ja się nie będę tu uzewnętrzniać". Osobowość to lekko paranoidalna, czyli teoretycznie moja drużyna. Ale. Nagrywanie osobistych albumów jest o tyle ryzykowne, że mogą być ciężkie do strawienia (co już subtelnie wykopuje przedmiot z kręgu zainteresowania). W sumie przytoczenie przykładu Eminema oczyszczającego swój klozet nie byłoby jakimś niedopuszczalnym nadużyciem; sami sobie zachowajmy racjonalne proporcje. Tutaj szorstki koncept i realizacja na szczęście bardziej przyciągają, niż odrzucają, jednak wciąż jest to jedna z tych płyt, do których słuchania potrzebne jest wyczekanie na określone stany mentalne. Wiadomo o co chodzi, gdyż PJ specjalnie nie owija w bawełnę – "your lips taste of poison", losy jej związku z Vincentem Gallo, etc.

Muzycznie, przewalający się opener w zasadzie zapowiada przebieg i atmosfery, i prowadzenia utworów przez dalszy ciąg płyty. Średnie tempo raczej, brak nieprzystępnych skrzeków gitarowych, a wyniki poszukiwania hooków niezbyt satysfakcjonujące. Brzmienie lekko chropowate (czy surowe, jak w "Shame"), na jednostajnym bicie z brudnym riffem na całej długości lub w buczących gitarach. Patrz choćby "It's You", gdzie pod koniec kompozycja rozwija się przez dodanie pianina i transformację wokalu w manierę dojrzałej niezal-songwriterki na festiwalu piosenki aktorskiej. Nie dłużą się za to dwa ostatnie numery mewami przedzielone, intymna pieśń "The Desperate Kingom Of Love" z przytłumionym akustykiem, oraz równie kameralny "The Darker Days Of Me And Him", w którym Harvey umieściła kluczowe dla znaczenia albumu wersy "I'll pick up the pieces / I'll carry on somehow", mające implikować powrót do wewnętrznej równowagi po rozpadzie związku, czy coś. A poprzedziła je liniami interesująco powyciąganymi w stylu Kasi Nosowskiej (paradoks, znowu), potwierdzającymi cały koncept: "With no neurosis / No psychosis / No psychoanalysis / And no sadness".

Mile zaskakuje także trzeci z tracklisty, "Who The Fuck", będący raczej najostrzejszym nagraniem spośród zebranych tutaj, gdzie sfrustrowana i niewyżyta (uhm, sic?) emocjonalnie Polly (brzmiąc jednocześnie jak dwudziestolatka) wyrzuca sylaby "Who / Who / Who / Who / Fuck / Fuck / Fuck / You" w kulminacyjnym momencie, żeby potem przybrudzonym wokalem wyjęczeć: "I'm free / You'll see / I'm me / You'll see". Fakt, że podchodzi pod groteskę (czego na szczęście nie widać przy założeniu o dopasowaniu nastroju podmiotu do), ale autoanalitycznych walorów nie można odmówić. Kolejny plus: jest autentycznie. Oraz, krótko i treściwie: zamyka się toto w dwóch minutach dziewięciu sekundach, więc nie ulegamy przemęczeniu. Sama autorka wspominała, że jej dzieło nieredukowalne jest do poszczególnych elementów: muzyka tu tylko tłem, najwyżej można wyróżnić przekaz. Co niniejszym poczyniłem.

Mateusz Jędras    
29 marca 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie