RECENZJE

PJ Harvey
Let England Shake

2011, Island 4.0

Twórczość PJ Harvey bywa czasami przez moich znajomych i bywała na tych łamach traktowana pobłażliwie (patrz: recenzje jej dwóch poprzednich albumów). Pewnie częściowo jest to spowodowane rozdźwiękiem między zachwytami krajowych recenzentów i licznych fanów nad muzyką tej wiedźmy/syreny/nudziary, a samą muzyką. Wysłuchanie całego White Chalk faktycznie wymaga więcej dobrej woli niż moglibyśmy tutaj kolektywnie zgromadzić. Jednak kiedy spoglądam z wysokości 2011, widzę ciekawą dyskografię, która niestety traci na uroku w późniejszych fazach.

Skacząc dziś po dawno nie słuchanych albumach Harvey, przypomniałem sobie jak dobre i świeże piosenki potrafiła pisać. Nie pamiętałem, że Stories From The City, Stories From The Sea ma tyle świetnych momentów, które brzmią teraz jeszcze lepiej niż kiedy miałem kilkanaście lat. Tytułowy z Rid Of Me w całej swojej brzydocie jest jednocześnie super chwytliwy i tak bezpośredni, że można się popłakać. Nawet Uh Huh Her z 2004, pozostaje absolutnie słuchalnym powrotem do korzeni. Dopiero rzeczone White Chalk kompletnie usprawiedliwia malkontenctwo. W zamierzeniu ascetyczna i zadumana płyta z fortepianowymi balladami zamiera w uszach.

Na papierze Let England Shake bardzo różni się od swojej poprzedniczki. Harvey podłącza gitarę elektryczną i zamiast introspekcji zajmuje się I wojną światową i analogiami między nią a sytuacją w Iraku i Afganistanie. Ok, to wcale nie jest reklama, która by mi sprzedała tę płytę, pewnie bym ją zignorował, gdyby nie entuzjastyczne recenzje. Ósmy longplay PJ jest jednak przesiąknięty problemami White Chalk – szaro-burością, nudą i mizernymi kompozycjami.

Biorąc pod uwagę podjętą tematykę, zaskakuje jak bardzo mało krwista, pozbawiona ciężaru i konkretu jest tu muzyka. Dobre momenty kanonu PJ, często dużo zawdzięczały jej wyczuciu konkretnych, zapamiętywalnych riffów (regularnie czytam, że jest niedoceniana jako gitarzystka, co chyba znaczy, że jednak jest doceniana) – tutaj ich brak. Wodnisty gitarowy motyw w "The Glorious Land" jest najbardziej anonimową i znikającą w powietrzu rzeczą jaką ktokolwiek w tym roku zagra na instrumencie. Ten brak charakteru jest znakiem szczególnym dla Let England Shake, które składa się głównie z bezbarwnych piosenek przypominających papierowe łódeczki puszczane po brudnej Tamizie. One nie są bardzo słabe, one tylko niezbyt są w ogóle.

Chwilami Harvey pikuje trochę poniżej przytłaczającej przeciętności – przede wszystkim w tytułowej piosence, która rozpoczyna album czerstwą ksylofonową melodyjką (mogłaby być odrzutem z soundtracku do "Monkey Island"). Chwilami wzlatuje ponad poziom całości – "Bitter Branches" mogłoby być jednym z surowych fragmentów Stories From The City, Stories From The Sea, ale tutaj brzmi raczej wątle, pewnie stłamszone sąsiadującymi smętami.

Let England Shake jest o włos lepsze niż White Chalk, co nie jest wielkim komplementem. Jedyna negatywna recenzja tej płyty jaką czytałem, porównywała ją do Powstania Warszawskiego Lao Che. Co nie jest trafne i to nie tylko dlatego, że Harvey musiałaby przejść lobotomię, żeby napisać tak złe tracki. Problemem nie jest to, że album traktuje o wojnie, gęsto ścielący się trup, żołnierze padający jak kawały mięsa (swoją drogą: to nie są obrazy dalekie od turpizmu takiego Rid Of Me). Problemem jest to, że temat nie zainspirował Polly Jean do napisania ciekawego materiału. Podbudowany poziomem ostatniej płyty Radiohead, miałem sporo dobrej woli - wiecie ósmy album, lata 90., roczniki późne lata 60. - spójrzmy jednak prawdzie w oczy: PJ Harvey zwiędła muzycznie. Nie jest tak, że nie chciałbym jej nigdy spotkać, ale moglibyśmy się już jej pozbyć.

Łukasz Konatowicz    
9 marca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie