RECENZJE

Pinkshinyultrablast
Miserable Miracles

2018, Club AC30 6.7

Strefa StalinRola nie tak wolna od Angola – delikatnie mówiąc, Rosja nie jest moim ulubionym krajem, a szczątkowa zachodnia fascynacja jej oligarchicznym zamordyzmem zawsze będzie jawić mi się tylko foliarskim wynaturzeniem, wyrosłym na mokrych snach o potędze i nieumiejętności odnalezienia się w nowoczesnym społeczeństwie jej wyznawców. Jeżeli jednak ograniczymy się do spojrzenia na wschód wyłącznie od strony muzycznej, to z przykrością musimy stwierdzić, że nawet snów nam tutaj zabraknie, a kraj wielkości niemal kontynentu stoi ogromną białą plamą w recenzenckiej recepcji nowych egzotycznych zajawek, zmuszając interpretatorów tej sytuacji do zadania sobie jednego bardzo ważnego pytania. Co poszło w tym przypadku nie tak? Pytania wybrzmiewającego jeszcze głośniej w momencie, gdy rozważnie rozszerzymy czasowe ramy opowieści o lata świetności Związku Radzieckiego, w którym – przez kulturowy kocioł, cenzurę i milicyjną pałkę – tkwiła jedna z najwspanialszych i najbardziej kreatywno-groteskowych wylęgarni dźwięków unikalnych, frapujących i na ten moment niestety całkowicie zapomnianych*.

Po upadku radzieckiego molocha w '91, po wiekach ciemności i triumfującego kapitalizmu doszło do stopniowej symetrycznej konwersji, w wyniku działania której ikoniczne azbestowe bloki przeistoczyły się w kolorowe bogate osiedla, zaś bogata kolorowa kultura stawała się coraz bardziej szara i azbestowa – i mowa tutaj nie o metaforycznej estetycznej industrializacji i ogólnonarodowym nihilistycznym słuchaniu techno całymi rodzinami, ale o dosłowności tego przykładu – o rakotwórczych skutkach mdłej substancji. Lata mijały, do czasu, aż przez embargo zasłony milczenia i generalnego olewactwa tamtych rejonów w końcu komuś udało się prześlizgnąć do masowej, globalnej świadomości (na czas historii pomińmy Tatu)**. Tym kimś stał się shoegaze'owy Pinkshinyultraoeifjdeasdeaultrablast (super nazwa -_-), a jego bezpretensjonalny format zachwycił pewne medialne kręgi, które – nie szczędząc komplementów – rozpoczęły bardziej dbałe i uważne interesowanie się poczynaniami małej zespołowej anomalii. Anomalii, która w gruncie rzeczy była fałszywa, iluzoryczna. Była ofiarą pierestrojki, pozbawioną najmniejszych znamion lokalności, tkwiąc w swoim wyrazie w uniwersalizmie kulturowym, który nawet przy najuważniejszym spojrzeniu nie wykazywał żadnych znamion wschodniej fizjonomii.

Ot, kolejny inspirujący się największymi tuzami shoegaze'u zespół, który wiernie będzie mieszać i ogrywać utarte schematy, dodając od siebie sporą kapkę niekwestionowanego talentu. Można było przejść nad tym do porządku dziennego, jednak tkwiło tu coś więcej, coś stanowiącego o ich marketingowej sile. W końcu mamy tutaj do czynienia z zespołem, któremu w jakiś tajemniczy sposób udało się przebić do "alternatywnego mainstreamu", wygryzając konkurencję i robiąc to pomimo tkwienia na peryferiach obserwowalnego świata. Tym sposobem dając nam i Wam gwarancję, że to po prostu czysta jakość tworzonej muzyki pozwoliła przezwyciężyć prowincjonalną słoikowatość i na tym basta i wieczna chwała.

I to jest właśnie ogólny klimat i kontekst. Lata mijały, zespół szedł dumnie naprzód, aż nadszedł czas i możliwość pogadania sobie o ich trzeciej płycie. Płycie, która poprzez tkwienie w czułej optyce większości alternatywnych mediów musiała podważyć własne fundamenty, stawiając wszystkie karty na brzmieniowe zmiany w celu uniknięcia klątwy stylistycznej monotonii. Padło na redukcje – wyleciał wyeksploatowany w świecie do absolutnego cna shoegaze, niemal wszelkie gitary, a ze starej stawki na pastwę pozostawiony został tylko dream pop, który dla ratowania się przed uniformizacją – czyli byciem kolejnym bezpłciowym, ale za to bardzo ładnym w swojej powierzchowności zespołem – postanowił skrzyżować się z estetyką bliższą mętniejszej wersji alternatywnego popu (Vinyl Williams i muliste synth-popy), pełnego osmolonej ciężkiej artylerii hipnagogicznych syntezatorów i szaleńczo pędzącego, rozlewającego się na wszystkie strony basu, podbijanego silnie podkreśloną głębią bębnów. Wprawdzie ostały się tutaj jeszcze drobne bastiony lubianej przez wszystkich retromanii (okładka przywołująca lata 80. połączone z Nocnymi Markami Hoppera) – cisnące się przez wszystkie szczeliny, w szczególności te wokalne, Cocteau Twinsy w "Find Your Saint" i im podobne – jednak postępująca ewolucja musiała przeć naprzód, nie oszczędzając nikogo. I pędzi ona brutalnie, biorąc pod uwagę to, jak brutalnie zostajemy potraktowani w pierwszych częściach płyty chaosem i nadmiarem bodźców opakowanych w lekko deformujące czystość dźwięku, ale za to świadome, przytępione brzmienie.

To, co w głównej mierze zaskakuje, to podkreślony w ogólnej strukturze ambient. To, jak wszystko w połowie wstrzymuje swoje destrukcyjne zapędy, udzielając miejsca bardzo sensownemu zastosowaniu przedłużających się rejonów ciszy, niepodlegających wyłącznie funkcji pozbawionego inwencji, taniego minuto- góra dwuminutowego miejsca na zaczerpnięcie przez słuchacza oddechu, ani też – w gorszym wypadku – nie służą one do sztucznego przedłużania materiału i usilnego nadania mu "głębi", koncepcyjności i iluzorycznej wielkości. Zgromadzone masowo, tylko w jednym, wyeksponowanym punkcie, wspólnie tworzą nowy, kontrastowy i przede wszystkim potrzebny rozdział płytowej muzycznej opowieści. Drugi niebanalny wielominutowy akt, pełen zachwycających plam, z jednoczesnym uniknięciem groźby wbicia klina w jednolitość materiałową – ogólnie to dość unikalne zjawisko na rynku, które – mam nadzieję – w szerszym stopniu wejdzie w rynkową rzeczywistość, dając nam kolejnych wyznawców filozofii zracjonalizowanego i bardziej świadomego stosowania ambientowych narzędzi, wyraźnie grupujących je na bardziej eksponowanych i wyżej płatnych stanowiskach. Dodajcie do tego ogromny mnożnik punktów za inteligentne sterowanie napięciem i stworzenie w ten sposób sfery buforowej pomiędzy dwoma wybuchami nieskrępowanej, intensywnej energii, chroniąc przed silnym poczuciem zmęczenia.

Po powrocie wita nas genialny wielobarwny "Taleidoscope", przywołujący w pamięci bardziej naszprycowaną wersję Rycerzyków – i nie ogarniam w nim działania tego basu. Tego, co się dzieje po refrenie, zwrotce i każdym przejściu – utwór pędzący po ósemkowych torach to utwór, którego przemilczeć się nie da. Z reszty pozostaje nam bardzo miło zjadliwy "Gardens" i kończący całość przesterowaną gitarową ścianą dźwięku utrzymaną w duchu zakończenia, jakie dał nam Roman À Clef na Abondonware***, "Looming". Widać, że eksperymentują i, co ważniejsze, widać, że im to wychodzi, tak więc w ogólnej perspektywie, zwłaszcza za tą przemyślaną strukturę ułożenia utworów, pomimo zderzenia się – przez nadmiar instrumentalny – z trudnym do przetrawienia za pierwszym razem początkiem, zasłużenie daję całości tak około siedem pierestrojek na dziesięć, a w snach o przyszłej potędze zespołu widzę ich grzebiących w orientalnym radzieckim folku, dostarczając nam dziwaczny dream pop, na jaki w pełni zasługujemy... Nie. W to zupełnie nie wierzę, ale w kolejną utrzymującą wysoki poziom płytę? To już jak najbardziej.

*I niby poznanie ich to tylko pusta pieśń przeszłości niezwiązana z ogólnym kanonem naturalnej ewolucji muzyki, ale to archeologiczne zadanie jest jedną z najciekawszych podróży po zakamarkach muzyki dziwacznej, w stosunku do której nie poczujecie żalu za utraconym czasem poświęconym grzebaniu w tych cudach myśli i techniki sowieckiej. Jeżeli chcielibyście w to wejść, odsyłam do najlepszego – zaraz po filmach Klocucha – co odnajdziecie na YouTubie: Funked by East.

**Nie traktujcie tego poważnie, to tylko udramatyzowana narracja związana z tym, że przypadkiem są z Rosji. Tych uchodźców zza wschodniej granicy, którzy osiągnęli sukces, było zdecydowanie więcej.

***Jezusie, jaka to jest doskonała płyta :3

Michał Kołaczyk    
11 maja 2018
BIEŻĄCE
IceageBeyondless
Lista przebojów Carpigiani: Notowanie #23