RECENZJE
Pinkshinyultrablast

Pinkshinyultrablast
Everything Else Matters

2015, Club AC30 6.3

Po trzeciej płycie najntisowych Astrobrite odziedziczyli wieloczłonową nazwę, inspirowała ich brytyjska fala spod znaku śpiewających dla 4AD kobiet (Emmy Anderson i Miki Berenyi z Lush oraz Elizabeth Fraser, członkini szkockich Cocteau Twins), a w swoich kompozycjach brzmią zupełnie jak Pinkshinyultrablast. Mniej więcej tak powinna wyglądać krótka, niemal "wikipediowa" introdukcja do twórczości tego pełnoprawnie debiutującego w bieżącym roku kwintetu z kraju wielkiego przegranego tegorocznych Oscarów – Zwiagincewa, monarchów ujeżdżających niedźwiedzie i ośmiu stref czasowych. Grający ze wzrokiem wlepionym w buty (pewnie białe adidasy, bo przecież na wschodzie wszyscy noszą białe adidasy) Rosjanie zmusili mnie do wycofania się z mojego stwierdzenia z lutego, kiedy to przy okazji szybkiego strzału traktującego o Transfixiation A Place to Bury Strangers prognozowałem, iż nieprędko przyjdzie nam posłuchać w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy dobrych, skocznych, energicznych piosenek utrzymanych we wracającej dziś do łask shoegaze’owej stylistyce. Jak widać, mnożące się comebacki tuzów gatunku wcale nie przeganiają młodych adeptów i nie odwodzą ich od prezentowania własnej muzyki szerszemu gronu słuchaczy.

Pinkshinyultrablast na Everything Else Matters próbują rozegrać wszystko po swojemu, tym samym wyraźnie podkreślając chęć ustrzeżenia się za wszelką cenę okrutnej kategoryzacji, której to jednymi z ofiar zostali wieślarze i drummer Lowtide – dziś oficjalnie, pejoratywnie nazwani Slowdive rip-off bandem. Już na etapie "siema, siema" mieszkańcy Sankt Petersburga serwują nam istny barokowy marinizm. Otwierające album "Wish We Were" dostarcza całą serię wielotorowych nagrań głosu z wyeksponowanym, wyraźnie uwydatnionym reverbem na wzór najlepszych dream popowych segmentów zamykającej dekadę w swojej dyskografii Julianny Barwick, by po chwili przeistoczyć się w miarowe elektroniczne bicie, a na samym końcu czym prędzej przejść do bezładnego, cierpiącego niestety na lekki deficyt przebojowości riffowania. Miło, że muzycy są z nami przynajmniej nad wyraz szczerzy i na wstępie uprzedzają, że tego rodzaju granie przez kolejnych siedem utworów budzić będzie dwie skrajne emocje: niepewność zestawioną z ciekawością. Żywe tempo i delayowana indie-słodycz milusińskich z Beach House obijana po żebrach agresywną ścianą w "Holy Forest" czy jedyny moment w okraszonym znakomitym basem "Glitter", w którym nie można uciec od porównań do Cocteau Twins, to znaki rozpoznawcze Pinkshinyultrablast. Krótki poradnik, jak romansować z reverbem, budować markę na eterycznym żeńskim wokalu i delikatnie rezygnować z gazingującego przeładowania na rzecz klarowności oraz melodyjności budowanej na wzór zwiewnego post-rocka. Magia Everything Else Matters ukryta jest przede wszystkim w nastrojowości. Efektownym balansie pomiędzy tym, co już wielokrotnie było, a elementami w nu-gazie dotychczas nienależycie zaakcentowanymi. Świeżość nadciąga ze wschodu.

Może nie jest to egzotyczny debiut na miarę zeszłorocznego fińskiego Kairon; IRSE!, ale rosyjski kwintet kombinuje przednio. Uwielbiam repetytywny minimalizm w "Metamorphosis", zmagający się ze sztampowym kotłem. Słyszę w nim może nie definiującą styl wyrazistość, ale autorski pomysł. A równanie matematyczne, w którym składnikami są inicjatywa oraz dobre wykonanie, prawie zawsze gwarantuje sumę w postaci choćby namiastki sukcesu. Jeszcze na marginesie: Petersburg leży nad Zatoką Fińską. W 2014 roku Kairon i ich Ujubasajuba zaatakowali właśnie z Finlandii, teraz przybili Rosjanie - czyżby 2016 należał do ostatniego państwa dzielącego tę część zbiornika wodnego? Estonio, tą geograficzną anegdotką zapraszamy cię po coś więcej niż finał konkursu Eurowizji.

Witold Tyczka    
18 marca 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie