RECENZJE

Pink Floyd
Is There Anybody Out There?

2000, EMI 6.0

Każdy, kto choć trochę interesuje się dorobkiem grupy Pink Floyd wie, że jej występy na żywo promujące w latach 1980-1981 album The Wall były czymś niezwykłym. Już sam rozmach i gigantyczne rozmiary tego widowiska, które niemal w całości, utwór po utworze ilustrowało tok narracji płyty, wybiegały daleko w przyszłość, były czymś nowatorskim, jak na owe czasy. Właśnie względy techniczne zadecydowały o tym, że przedstawienie wystawiono tylko w czterech miejscach – tylko te cztery obiekty (w Los Angeles, Nowym Jorku, Londynie i Dortmundzie) spełniały wymogi potrzebne dla zrealizowania koncertowej wersji The Wall. Omawiane tu wydawnictwo jest próbą przybliżenia współczesnemu słuchaczowi atmosfery tych kultowych już dziś widowisk.

Z drugiej strony, każde dziecko wie, że The Wall, jak żadne inne dzieło zespołu, było "zwierzęciem studyjnym", dopracowanym i wymuskanym w czterech ścianach nagraniowych. Oczywistym jest, że The Wall nie zabrzmiałoby tak niesamowicie, gdyby nie całe multum nakładek, efektów dźwiękowych i wielu realizatorskich tricków wszelakiego rodzaju. Dlatego też Is There Anybody Out There w żadnym wypadku nie można traktować jako substytutu dla oryginalnej wersji z 1979 roku. Jest to raczej gratka dla tych słuchaczy, którzy poznali The Wall bardzo dobrze. Dla najbardziej zagorzałych fanów formacji. I dla tych, którzy chcą się przekonać, czym różniło się publiczne wykonanie tego materiału od jego studyjnego zapisu.

Różnic, wbrew pozorom, jest tu niewiele. Pomijając te oczywiste, wynikające ze specyfiki występu na żywo, warto zwrócić baczną uwagę na listę utworów i porównać ją do wersji studyjnej. Koncertowe rejestracje The Wall uświadamiają, jak płynnym i zmiennym pod względem ostatecznego kształtu było to dzieło. I tak, zaraz po "Empty Spaces" mamy "What Shall We Do Now?", właściwie oczywistą kontynuację poprzednika, którą (mimo, że już umieszczoną w spisie na okładce) Waters w ostatniej chwili usunął z albumu. Dalej, między trzecią część "Another Brick", a "Goodbye Cruel World" wciśnięto instrumentalne "The Last Few Bricks", który to tytuł należałoby traktować raczej dosłownie, zważywszy, że prezentację tej mieszanki z kilku wcześniejszych kompozycji wykorzystywano właśnie na dołożenie paru ostatnich kartonowych cegieł, które za moment utworzyły jednolity mur oddzielający scenę od widowni.

Jeśli chodzi o różnice w wykonaniu poszczególnych fragmentów, to również nie znajdziemy ich sporo. Aranżacje rzadko różnią się od wersji oryginalnych, co osiągnięto dzięki zaangażowaniu poważnego zastępu muzyków wspomagających właściwy zespół. Grają więc dodatkowo Andy Bown, Snowy White, Andy Roberts, Willie Wilson i Peter Woods. Niektóre pieśni nabierają na żywo innego klimatu, jak słynne "Another Brick In The Wall, Part 2", które dzięki rozbudowanym improwizacjom gitary i organów Hammonda przybliża się pod koniec niespodziewanie do brzmienia Santany z okresu "Black Magic Woman". Widać dbałość o każdy szczegół dźwiękowy, co potwierdza choćby obecność pamiętnego wrzasku belfra, zachęcającego monologu prostytutki, lub brzęku rozbijanego szkła (wszystkich rzecz jasna, odtworzonych z taśmy).

Wreszcie coś, co podwyższa wartość Is There Anybody Out There? w porównaniu z wieloma bootlegami dokumentującymi tamte występy. Mianowicie: oprawa całości, w sumie przekraczająca najśmielsze wyobrażenia fanów. Nie wiem, czy wygląda to tak we wszystkich, czy tylko w limitowanym wydaniu, które mam okazję posiadać, ale wrażenie jest ogromne. Twarda, albumowa okładka, w niej duża książka pełna kolorowych zdjęć doskonałej jakości, ilustrujących przygotowania do koncertów i sam show. Ale to jeszcze mało – mamy teksty autorstwa wszystkich członków Pink Floyd, a także kilku innych osób odpowiedzialnych za ostateczną realizację przedstawień. Nie zabrakło również miejsca dla wielu rysunków Geralda Scarfe'a, opatrzonych, a jakże, komentarzem samego mistrza.

Reasumując, Is There Anybody Out There jest na pewno czymś więcej, niż tylko płytą koncertową. To raczej małe kompendium wiedzy o żywym wariancie The Wall, nie do ominięcia dla floydowych maniaków. Ale na pewno nie mamy tu do czynienia z wydawnictwem niezależnym, nie sposób go przyswoić bez odpowiedniej znajomości oryginału. I jeszcze jedno: podczas załatwiania formalności związanych z edycją tego dokumentu, Waters i Gilmour zaczęli ze sobą rozmawiać (a nie przez prawników) po raz pierwszy od wielu lat. Dla niektórych jest to wyraźnym znakiem wskazującym na rychły reunion, w co jednak ja, szczerze mówiąc, nie za bardzo wierzę.

Borys Dejnarowicz    
6 października 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy