RECENZJE

Pinback
Summer In Abaddon

2004, Touch & Go 7.0

Ostatnio zajmowaliśmy się na francuskim przewidywaniem jak może wyglądać życie ludzi w XXI wieku. Ciekawy problem. Szczególnie gdy zajęcia prowadzi młodziutka nauczycielka o imieniu Cecile (z pochodzenia Francuzka), która swoją pasją edukowania i jakże rzadkim w tej profesji urokiem osobistym potrafi zainteresować studentów praktycznie każdym tematem. A więc poprzewidywaliśmy sobie trochę (wyszło na to, że komputery będą stopniowo przejmować większość ludzkich obowiązków – całkiem odkrywcze), ucząc się przy tym nowego czasu przyszłego i kilku nowych wyjątków od "nie-reguł". Spróbujmy zatem podobnie zabawić się z ostatnim wydawnictwem grupy Pinback. Wyobraźmy sobie, że za jakieś 100 lat (no, może trochę więcej) powstałby zespół, gdzie oprócz ludzi znalazłoby się miejsce dla maszyny (inteligentnego robota powiedzmy). Otóż zarówno błyskotliwa EP-ka Offcell sprzed półtora roku, jak i antycypowany przez nią, wyczekany longplay Summer In Abaddon spokojnie mogłyby znaleźć się w jego dyskografii. Zapewne szybko to nie nastąpi... Yy ale w ogóle po co nam te rozważania? Chodziło mi o zaakcentowanie bardzo charakterystycznego dla duetu połączenia ludzkiej emo-wrażliwości z mechaniczną formą. Kolejne składniki z matematyczną wręcz dokładnością pojawiają się i znikają, by za chwilę powrócić, tyle, że w innej konfiguracji, tudzież dodatkowo urozmaicone o świeży element (chórek czy riff).

Żeby nie pozostawać gołosłownym postaram się udowodnić tę tezę na przykładzie. Weźmy taki "Syracuse": intrygujący wzór przewodni zwrotki uzupełniają jak zaprogramowane przenikające się i zmieniające nawzajem partie, odpowiednio: arpeggio, solówka, (na moment) przester i wreszcie sekcja. W między czasie gdzieniegdzie co i rusz wkradają się ciekawe i wcale melodyjne dodatkowe głosy. W refrenie po raz pierwszy pojawia się pianino, które pozostaje w drugiej części wraz z wzbogaconą już o werbel i talerze, znacznie przez to gęstszą perkusją. Potem przez chwilkę jeszcze sam główny motyw, do którego jednak po momencie dołącza reszta instrumentarium i grają wszystkie razem. Koniec wieńczy zagrany akordami fragment na akustyku + powtarzany przez Crowa tekst zwrotki: "I step down into sand / Water carries us from here". Kawałek trwa blisko cztery minuty i sprawia wrażenie struktury przemyślanej i dopracowanej w najmniejszym detalu, a ponadto znakomicie ilustruje efektywne metody twórcze, dominujące przez cały bardzo równy album. (Sorry, mam tendencję do sztampowości.) Blask wrażliwości nawiązującej do klasyków gatunku Sunny Day Real Estate oraz wyjątkowa kreatywność aranżacyjna pozwalają dwóm ziomalom z San Diego osiągnąć swój własny, rozpoznawalny styl, przejawiający się dążeniem do perfekcji w zakresie niezwykle precyzyjnej, niemalże "architektonicznej" konstrukcji kompozycji.

Paweł Greczyn    
23 lutego 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie