RECENZJE

Pinback
Offcell (EP)

2003, Absolutely Kosher 6.7

Jedną z zalet pisania dla Porcys jest otrzymywanie z redakcji tak zwanych "back-upów", czyli albumów w jakiś sposób związanych z recenzowaną płytą. Mogą to być poprzednie dokonania danego artysty lub też krążki, z których ów wyraźnie czerpał inspirację. Ponieważ ci z kolei wzorują się zazwyczaj na rzeczach doskonałych lub prawie-doskonałych, poznawanie takiej muzyki to często niewymowna przyjemność. Dzięki Offcell Pinback szybciej przyswoiłem największe dzieła Sunny Day Real Estate, czy też Leaves Turn Inside You Unwound, jedną z najlepszych płyt 2001. Co więcej, zetknięcie z propozycją samej grupy również okazało się być trafione, bo oceny pod siedem dostają u nas naprawdę bardzo dobre płyty.

Nim zatem rozwinę wątek samego Offcell, warto na chwilę zatrzymać się przy jego korzeniach. Najogólniej mówiąc, twórczość Pinback jest spuścizną po bogato urozmaiconej rytmicznie zlepce gęsto rozsianych gitarowych dźwięków z post-punkowym sposobem wyrażania siebie. Ta jak widzicie średnio dająca się zdefiniować całość weszła w powszechny obieg jako "emo" w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, za sprawą Diary, wyśmienitego debiutu Sunny Day Real Estate. U nas zjawisko bardziej rozbudowanych osobistych piosenek niestety błędnie kojarzone jest z Fugazi, którego bezpośrednie styczności z gatunkiem mają dość luźny charakter. Głównie personalny, bo Guy Picciotto wywodził się wprawdzie z ochrzczonej mianem "emo-core" stylistyki Rites Of Spring, ale Fugazi to przecież zespół-definicja hardcore'u! Także pamiętajcie, jeśli telewizja będzie was kiedyś pytała na ulicy "z czym ta trzyliterowa nazwa ci się kojarzy", zamiast "Fugazi" odpowiadajcie z pewnym siebie uśmiechem "Diary".

Jak to często z genialnymi albumami bywa, liczba jego naśladowców dawno przebiła wszelkie zdroworozsądkowe limity. Szkoda, że jakość tych dziełek wypaczyła anty-komercyjny charakter kierunku, obecnie będącego jedynie mierną pozostałością starych, dobrych czasów. Przykładem mogą być słabizny typu Jimmy Eat World, gdzie głębokie teksty przeinaczyły się w skierowany do nastolatków pretensjonalny i agresywny bełkot, kompozycje uległy mainstreamowej degradacji, a założenie szczerze wyrażanych emocji wymieniono na zwykłe dążenie do zarobienia szmalu. Mutacje doprowadziły do ziszczenia się tego pragnienia; obecnie zespoły prezentujące popłuczyny po Sunny Day Real Estate są w modzie. Istnieją jednak tacy, dla których stare pomysły Enigka i spółki stanowią bazę do działań kreatywnych, nie uwłaczających określeniu "emo", a wręcz przeciwnie. Weźmy Death Cab For Cutie: im jako nielicznym udało się wraz z Something About Airplanes odświeżyć formułę gatunku. Albo taki Pinback.

Pochodzący z zachodniego wybrzeża duet Crow-Smith istnieje już od pięciu lat i zdążył w tym czasie dorobić się dwóch pełnych albumów oraz kilku EP-ek. Ostatnie z tych wydawnictw, zapowiadające mający nadejść nowy longplay grupy, zebrało bardzo dobre recenzje, co dodatkowo skusiło nas do przyjrzenia się mu. Offcell zaczyna się od "Microtonic Wave". Tu najbardziej przykuwają uwagę nieustannie nakładające się wokale i wyeksponowany w pewnym momencie stateczny bas. Swoją role odgrywa też tekst. Jak przyznał w jednej z wypowiedzi Smith, Crow pisze bardziej od serca, a jego samego interesują raczej fonetyczne cechy wyrazów. Słychać wyraźnie, iż w openerze krążka lirycznie większy udział miał ten pierwszy. Pojawiające się gdzieniegdzie rymy stanowią może dosyć prymitywny, ale nawet skuteczny środek uprzyjemniania odbioru.

Kolejny jest piękny "Victorious D", gdzie typowy "emo" tekst, wyśpiewywany w często zmieniających się kombinacjach, stopniowo zsuwa muzykę na dalszy plan. Smith lubi określać piosenki Pinback jako raczej powolne i marzycielskie, z zawieszoną gdzieś nutką smutku. Wyraźna styczność z przesiąkniętym na wskroś tajemniczą atmosferą wspomnianym longplayem Unwound przejawia się w nakładkach wokalu i rozpoznawczym temacie gitary na wysokości 0:41. Pinback dokładnie tak samo operują punkowym zacięciem, zmierzając w stronę miękkiego prog-rocka. Podobnie w trzecim na krążku kawałku tytułowym. Tu znów ma miejsce zabawa wydźwiękiem słów (na przykład twarde spółgłoski linijki "It's getting hard to focus" współgrają z nagłym mini-zrywem gitary), a melodia snuje się leniwie. Pewne odejście od bardzo precyzyjnego dotąd brzmienia (nie ma miejsca dla szumów, czy też nieartykułowanych wokaliz) mamy w "B", najmocniejszym punkcie krążka. Szarpana z zaciśniętymi zębami gitara tnie się z szybkim pianinem i jak zwykle w przypadku Pinback numer przechodzi kolejne nieprzewidywalne metamorfozy.

Kompozycje Pinback proste schematy mają za wrogów, stąd każdą z nich można by opieczętować frazesem "wiele się tam dzieje". Swoje pomysły duet Crow-Smith traktuje jako pozycję wyjściową do następnych, te zaś jako odskocznię do kolejnych i tak dalej. Przy niewątpliwej zdolności do tworzenia dobrych melodii jest to trafna recepta na dobrą muzykę. Zamykający Offcell "Grey Machine" trwa przez ponad jedenaście minut nie dlatego, że takie było założenie jego twórców, ale ponieważ przez tyle czasu Pinback doskonale wiedzą, jak ten kawałek skutecznie poprowadzić, by nie nudził ani chwili. I rzeczywiście nie nudzi, jego poziom jest równy jak całej płytki, na której choć nie jest łatwo znaleźć fragment zdmuchujący z powierzchni ziemi, to jeszcze trudniej wskazać słabszy. Jeśli forma na albumie długogrającym zostanie utrzymana, widzę kandydata na listę roku 2004.

Jędrzej Michalak    
3 sierpnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie