RECENZJE

Pi'erre Bourne
The Life Of Pi'erre 4

2019, Interscope 7.9

Jordan Timothy Jenks to bez cienia wątpliwości postać pierwszoplanowa na powleczonej głęboką purpurą mapie trapu, jedna z figur formujących jego obecny kształt i architekt tej atmosferycznej, dreampopowej niemal jego odmiany, której symbolem stała się klasyczna już "Magnolia". Trendsetterski potencjał stylu wykreowanego przez duet Bourne-Carti najlepiej zilustrować ilością lepszych lub gorszych epigonów na scenie, mierzoną już chyba w przyczepach samochodów ciężarowych marki Kamaz. Nie mnie oceniać, kto mocniej ciągnie ten tandem; wydaje się jednak, że W BRANŻY wyrok ten już zapadł, bo wśród komentarzy dotyczących The Life Of Pi'erre 4 przeważają katastrofalne głosy o marnowaniu genialnych bitów i fantazje o tym, co mógłby zrobić z nimi Playboi, gdyby tylko wpadły w jego pozłacane łapska. Oto podszepty podłego Jagona.

Nie podważając bowiem ani talentu, ani unikatowej charyzmy autora Die Lit, widzę sprawę zgoła inaczej. Nieustannie balansujący na granicy przerysowania i muzycznego żartu w stylu Jimothy'ego Lacoste (spamowanie własnym tagiem producenckim, wstawki rodem z gier wideo, rzucane bez opamiętania "oh my gosh" w "Horoscopes"), cukierkowy trap Bourne'a trafia w samo sedno, stając się nośnikiem autentycznych, choć skrywanych za syntetyczną zasłoną zeitgeistu emocji. Utwory wzruszają jeden po drugim; trzeba jednak odrobinę wychylić się za komiksową otoczkę i szczeniacki tembr Jenksa, by w pełni docenić nerw nadwrażliwca, najmocniej materializujący się w przepięknym, bliższym raczej slowcore'owym lamentom niżli trapowym standardom "Ballad". Te miłosne opowiastki, dodajmy, zapodane są w oszałamiająco chwytliwej formie, więc pomimo szesnastu spójnych, wręcz zlewających się pozycji na trackliście, trudno mówić o jakimś przytłoczeniu – w porównaniu z niedawnym, "twardszym" kolabo z Young Nudym, The Life Of Pi'erre 4 wchodzi gładziutko, jak w masło, bez choćby jednej grudki.

O produkcji nawet nie ma co dyskutować: miks wyrwanych z jakiegoś ambientowego obskura basów, podpatrzonej u luminarzy bopu repetycji, wymuskanych do perfekcji przejść i wyrywających się poza jakąkolwiek skalę miękkości wzorków to w ogóle cenna wskazówka dla przyszłych teoretyków popu i drogowskaz dla wszystkich, którzy jeszcze chcieliby zapisać się na kartach jego historii. Oszczędne, serwowane z wyczuciem zza mgielnego puchu bity są tu pretekstem do dalszego kruszenia pierwotnej trapowej zawziętości, ale i do śmiałych eksperymentów, jak w chorych, odwróconych synthowych loopach "Romeo Must Die". W przesłodzonych klawiszach "Lovers", w pozytywkowym pyrkaniu "Poof" czy w błądzących po orbicie ścieżkach "Feds", właściwie w każdym kolejnym utworze Bourne pokazuje, że jak mało komu należy mu się miejsce w producenckim panteonie dekady, a stempel z jego nazwiskiem oznacza i jakość, i swój własny, idiomatyczny styl. Pierrebournewave – jak roboczo można by go nazwać – osiąga tu wyżyny w sposób przerażająco wręcz naturalny: jak sama treść, jak lekki wpierdol, jak Jamie Foxx zapraszający na samiuteńki szczyt.

Wojciech Chełmecki    
15 lipca 2019
BIEŻĄCE
Young MarcoBahasa
DucktailsWatercolors