RECENZJE

Phoenix
Wolfgang Amadeus Phoenix

2009, Glassnote 6.2

Trzeba przyznać, że w niełatwym położeniu znaleźli się Phoenix przed wydaniem Wolfgang Amadeus Phoenix (o co kaman z tym tytułem, to chyba jakieś obce mi paryskie poczucie humoru?): już za sobą mieli wówczas zarówno hicior definiujący ich całkiem oryginalny styl ("If I Ever Feel Better"), jak i cały album stanowiący perfekcyjne rozwinięcie owej mozolnie szlifowanej na kolejnych płytach formuły. It’s Never Been Like That bo o tym krążku mowa, spełnia wszystkie założenia, które poniższa grupka francuzików przedstawiła radzie nadzorczej, zanim ta jednogłośnie zatwierdziła założenie zespołu, i udała się na dobrą kolacyję. Serio, ta płytka spokojnie mieściła się kiedyś w pierwszej dziesiątce tych najbardziej przeze mnie katowanych (nie licząc jakichś Beatlesów i tym podobnych). Mhm ów wyważony co do miligrama miks elegancji z luzactwem, ach to zabójczo przystępne skrzyżowanie Prince’a z wieżą Eiffla, Branderburger Tor i Dużym Benem!

I "tak to właśnie jest" (pozdrowienia dla cioci Bożeny), że droga od "ach" do "ech" nie jest zbyt daleka. Stało się to, czego po nocach obawiali się fani Phoenix – zespółowi nie do końca udało się wygrzebać spod tonażu własnego opus magnum. Nie zrozumcie mnie źle – pod względem świeżości w branży stricte gitarowych zespołów wciąż mało kto może im się równać, w Europie jakieś Whitest Boy Alive pewnie, ale niewielu więcej. Problem w tym, że tu nie ma bodaj ani jednego pomysłu, który nie powielałby poprzednich, w mniejszym lub większym stopniu. Pojawiły się próby ożywczego eksperymentu, w postaci obu części głównie instrumentalnego "Love Like Sunset", ale paradoksalnie stanowią one najsłabsze ogniwa tracklisty, nic do niej nie wnoszące poza nudnawymi (i nadętymi, czyżby pierwszy raz w historii zespołu?), pseudo-ambientowymi pejzażami owego zachodu słońca. "Talking Shit About A Pretty Sunset", jak mawiał prorok. Ukojenie nadciąga szybko, po tej wpadce wchodzi bowiem chyba najlepszy moment krążka – "Lasso", z połamaną jak się masz melodią wokalu Marsa, tańczącą jak jej funkujący bas zagra. No dobra, nawet sporo tu podobnego klasą odświeżania wspomnień z INBLT, weźmy choćby oba single – ale ambicje zespołu pewnie sięgały wyżej, o naszych nadziejach nie wspominając.

Jędrzej Michalak    
18 czerwca 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie