RECENZJE

Phoenix
Ti Amo

2017, Glassnote / Loyauté 5.9

Phoenix, może oprócz typowej nazwy, to także zestaw nietypowych, zabójczo precyzyjnych, miejscami wielogatunkowo inspirowanych tracków w pełni poprzetykanych chwytliwymi hookami; niedającymi za wygraną, trafiającymi w zgodzie z wyidealizowanym popowym etosem wprost do podświadomości słuchacza z jednej strony przez wiele godzin katując go echem swojej melodyczności, z drugiej wzbudzając podziw niebanalnymi songwriterskimi konstruktami. Ten model niemal do perfekcji doprowadzili na reprezentatywnym i technicznie wymuskanym, ale niepozbawionym także tej głęboko pożądanej młodzieńczej gitarowej neurozy It's Never Been Like That. Chociaż nie będę ukrywał, że osobiście i paradoksalnie serduszko skradł mi zdecydowanie bardziej ułożony i zachowawczy Wolfgang, ale co kto woli, nie będę rozpętywał z tego powodu pijackiej burdy, bo ciężko się między tymi dwoma porządnymi albumami zdecydować – w sumie ta dziwna analogia do Mozarta była dość ciekawym dziełem, które pomimo pozornie lekkiej, indie-popowej formy wchodziło bez szwanku w ambitniejsze rejony pełne eklektycznych zapożyczeń wspomaganych pewnego rodzaju patetycznymi sznytami oraz spójną dźwiękową opowieścią w niektórych miejscach zbudowaną na quasi leitmotivach, wspólnie tworząc, bez przesadnego szału, jedną z najlepszych płyt zespołu.

Mając coś takiego w dorobku oraz rozgłos wspomagany takimi nazwiskami i markami jak Air, Daft Punk i Sofia Coppola (ktoś tu mocno wygrał w życiu), mogli pójść dwoma ścieżkami – ścieżką dalszej karkołomnej próby rozwinięcia, pokomplikowania, eksperymentu i progresywności, jednocześnie wciąż trzymając się indie-synthowego stylu w postaci Bankrupt! (najbardziej niedoceniony album Phoenix) lub dokonać pożądanego i bezpiecznego odwrotu wprost w stronę swoich korzeni (??? – jeszcze czekamy). Po odbyciu tej pierwszej, zespół zrewidował swoją twórczość, aby w końcu zdecydować się na drogę trzecią, budując swój nowy materiał wokół jasno sprecyzowanego, przewodniego tematu. Z maszyny losującej wypadło na Włochy – Włochy roześmianego Berlusconiego, honorowej Mafii, Felliniego u szczytu kariery, karnawałowego katolicyzmu, zwyciężającego Juventusu, przepięknego Campo Di Fiori oraz Włochy zgrabnych, inspirowanych italo-disco słonecznych piosenek, razem składając się na specyficzny krok w stronę ponownej dominacji naczelnego leitmotivu, jednak w tym przypadku znaczeniowego.

Indie pop, chociaż bardziej synth (dużo synthów, bardzo dużo), zmieszany z tandetną retro krainą włoskiej muzyki. Nie będę ukrywał, że to bardzo fajny koncept, dość dziwny, ale za to ze sporym potencjałem. Potencjałem wziętym na warsztat przez utalentowany zespół. O ile na papierze nie mogło pójść źle, to podjęte działania muzycznego oddania w przyzwoity sposób tego klimatu udały się tylko połowicznie – zgoda, obrazy pełne nostalgii, ciepła, czasami połączonego z gorzką nutą czasu utraconego płynącą przez świadomość zgodnie z podjętym działaniem, oddają pożądany wakacyjno-wspomnieniowy nastrój, jednak przy bardziej analitycznym ujęciu, surowego czysto muzycznego "oka", to ten zestaw dziesięciu piosenek mierzy się z klątwą lekkiego znużenia dręczącą słuchacza podejmującego się wkroczenia w ten przekoloryzowany świat. Brak tu większej dynamiki, dzikiej energii, zaskoczenia, pozbyto się większych instrumentalnych wtrąceń, a to, co miało być główną siłą, czyli chwytliwe, wpadające w ucho i niegłupie synthowe piosenki, nie wytrzymują zestawienia z przeszłością, która może co prawda w pierwszym akapicie została przesadnie wyidealizowana, ale w sumie w taki sam sposób jak całe te ujmowane przez Phoenix Włochy.

W ostatecznym rozrachunku ta podejmowana Italia, pozbawiona biedy południa, groźby ekonomicznego kryzysu czy ogromnej korupcji to przekoloryzowana wizja wakacyjnego katalogu podróżniczego. Ti Amo to stockowy konglomerat obrazów złożonych z do bólu sztucznych ludzi z uśmiechem wcinających spaghetti popijane mocnym espresso. Zestaw retro zdjęć, lat 80/90 wziętych z przesłodzonego Cinema Paradiso, czyli kolejna nostalgiczna ekspedycja nad Adriatyk w poszukiwaniu raju zaginionego w lekko ironicznym, świadomym siebie stylu. No i co? No i to, że ten tandetny obraz to jest to, co w tym wszystkim jest najlepsze. Pozostaje tylko odpalić nowy materiał nie nastawiając się na jakieś cuda, cofnąć się w czasie na nowych regułach, zgarnąć ze stołu wódczanego drinka i legnąć sobie na leżaczku w trzygwiazdkowym zagranicznym hotelu; of course, jeśli finansowo nie przycięło do emigranckiego exodusu w celu zbierania teutońskich płodów rolnych dla niemieckiego pana – ale wciąż wizja wciągniętych na uszy słuchawek z Phoenixem w tle, z niewolniczymi dłońmi pełnymi wiśni, napawa takim wewnętrznym, chilloutowym luzem.

Michał Kołaczyk    
23 czerwca 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie