RECENZJE

Phoenix
Alphabetical

2004, Source 6.5

Phoenix grają atrakcyjny, uwodzicielski post-pop dla generacji iPodów. Grupa dzieli narodowość, oraz wytwórnię, z Air, i podobnie jak romantyczny duet twórców "Parisian sex", mierzy w słodkie, techniczne retro-obrazki. Phoenix przywołuje nawet późne, kolażowe próby Air at its most angular: sztuczna perkusja, organowe pasaże i kruche gitary kleją razem odbitki konkretnych brzmień, miejsc audialnych i przeszłych er. Z tym wyjątkiem, że miast wskrzeszać majestatyczne orkiestracje Gainsbourga, zespół koncentruje się raczej na efektownym adaptowaniu na epokę informacyjną krystalicznego popu E.L.O. Ah, no i regularnie śpiewają, przez co w rezultacie kończą na właściwych piosenkach.

Dwie z ich debiutu United z 2000 roku wypłynęły później na popularnych kompilacjach i tam osiągnęły powszechne alt-rozeznanie. Orzeźwiająca pigułka tęczowych soft-hooków "Too Young" (wiadomość dla wszystkich Porcysowców: progresja akordowa zwrotki jest w ogóle wcale podobna do "Spike The Senses" Of Montreal, z tą różnicą, że kawałek powstał cztery lata wcześniej) jako fragment soundtracku do Lost In Translation, a kameralny quasi-digi-funky-soul "If I Ever Feel Better" w sławnym DJskim mixie Erlenda. To były highlighty, ale cała równa płyta, ogarniająca bogaty krajobraz od hałaśliwego niezal a la Frank Black ("Party Time"), przez country-hop, przechodzący w końcu w vocoderową suitę, reminiscencję Discovery, pozwalającą na luzingu użyć tu terminu "french touch" ("Summer Days", "Funky Squaredance"), dziwnie satysfakcjonowała, antycypując format typowy dziś dla internetowych message groups, a mianowicie: singlowy potencjał każdego tracka plus premedytowany stylistyczny eklektyzm.

Na semaforze Alphabetical formacja wyspecjalizowała się chyba w rzeczonym formacie studyjnego, audiofilskiego produkcyjnie, białego pop-hopu – bezdusznego i emocjonalnie spreparowanego, ale precyzyjnego w doborze i centymetrowym układzie elementów. Przebojowy opener "Everything Is Everything" fika przez ucinane bity wykoncypowaną, chłodną melodią, prowadzącą do zabójczo zapamiętywalnego refrenu. Koleś przy mikrofonie przypomina delikatniejszego, zniewieściałego, inteligentniejszego Robbie Williamsa. Piekielnie szczegółowe aranże pykają w stereo jak cyfrowo wygenerowane moduły w programie do kreowania konstrukcji 3D. Prosty tekst potrafi zakamuflowanie uchwycić alarmujący obecnie problem kulturowego śmietnika sieci. Kompozycja wydaje się nerwowa i spięta, lecz zatroskana i nostalgiczna.

Zaczynając od takich wyżyn, Phoenix ustawiają sobie poprzeczkę niezwykle wysoko, ale choć żaden następny numer nie jest już takim hitem, kwartet odnosi sukces na polu konsekwentnego, efektywnego manipulowania edycją i klarownym miksem. Alphabetical pozornie nie zawiera rodzynków tak smacznych jak poprzednik, natomiast jest albumem bardziej zwartym, uporządkowanym i sprowadza wielość inspiracji muzyków do wspólnego, homogenicznego mianownika. Dłubiąc swój "profeska wykonawcza" rys minimalistów-sidemanów, Phoenix być może nieświadomie odkopali własny język w świecie miliona bandów. Wyróżniają się jeszcze: arcydziełko zharmonizowanych mlecznych wokali "Anybody" bądź egzotycznie zainfekowany mid-tempo instrumental "Congratulations".

One almost can't listen to it without images of computer in mind, naprawdę (Bacz boss). Oba omawiane dyski są nawet enhanced bonusami. Jak Steely Dan dla pokolenia preferującego hip-hop raczej niż jazz, Alphabetical to kapitalne tło do żmudnego przygotowywania projektów architektonicznych ("Brokuły.. Jak ja lubię brokuły...") albo leniwego ulropu we dwoje w zaśnieżonej, wyciszonej górskiej scenerii.

Borys Dejnarowicz    
16 lutego 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie