RECENZJE
Phantom

Phantom
LP 2

2015, Silverback 7.0

Patent na wstęp do tej recenzji miał polegać na tym, że kumpel wyśle mi krótką, dwuzdaniową wiadomość nt. płyty, którą właśnie mam zrecenzować. Cały myk miał zawierać się w fakcie, że on nie wie, o czym piszę, a jednocześnie trafia w samo sedno. Pomysł zarzuciłem, doszedłszy do wniosku, że odpowiedź, którą otrzymałem, jest po prostu sprytną próbą demaskacji (masakracji) fenomenu złego pisania. Wybaczcie.

W jakim punkcie rozwoju zastajemy Phantoma na LP 2? To jest chyba największa zagadka tego wydawnictwa, ale o tym za chwilę. W takim razie co "½ OF PTAKI" (czekamy na płytę!) zdołał zrobić w czasie pomiędzy swoimi pełnoprawnymi albumami? Zważywszy na to, że długogrający debiut naszego bohatera wyszedł w kwietniu ubiegłego roku, to całkiem sporo. Wydał bardzo fajną EP-kę dla polskiego labelu Transatlantyk (drugie wydawnictwo w ich katalogu), split z Sad City (rozwijający wątki ambientowo–minimalistyczne), materiał Ptaków… Z pewnością zarzucić Bartoszowi Kruczyńskiemu leserstwa nie można.

Moim zdaniem w próbie odpowiedzi na zagadkę dotyczącą płyty wcale nie pomagają filmowe inspiracje artysty, którymi to podzielił się z nami. Jasne, bardzo często słychać w tej muzyce nastrojowość i opisowość właściwą ścieżkom dźwiękowym, ale to nie wystarcza do rozwiązania problemu. Ciekawy jest też sam dobór tych wpływów, czasem mocno nieoczywisty, a jednocześnie zdradzający pewne tropy (marimba, new age, Tangerine Dream, wiadomo). Zainteresowanym polecam sprawdzić, może wychwycicie coś, czego ja nie zdołałem.

Z drugiej strony, na Soundcloudzie naszego bohatera umieszczony został około dwudziestopięciominutowy mix, według autora będący zbiorem jego inspiracji. Ten zestaw jest dla mnie wyjątkowo niekomfortowy, bo mimo wskazywania na pewne wpływy (które zresztą można wyczaić i bez niego), nie oddaje vibe’u nowego wydawnictwa. Tak – na swoim sofomorze Phantom odrzuca doskonale opanowaną przez siebie estetykę house’u, biorąc na warsztat instrumentalny grime, wonky czy muzykę basową (???). Tylko chodzi o to, że w jego wydaniu, pomimo użycia podobnych środków, efekt końcowy brzmi zupełnie inaczej. Ta zmiana narzędzi nie jest oczywiście zwrotem o 180 stopni, ale myślę, że o kąt prosty już tak. Gładki groove znany z zeszłorocznego albumu zastąpiony został nerwowymi, szarpanymi bitami. Pozostały jednak przestrzenne, przelewające się synthy i minimalistyczne wstawki, które zdecydowanie odróżniają twórczość Phantoma od innych, podobnych mu artystów.

Otwarcie LP 2 nie zwiastuje jeszcze zmiany stylistyki, serwując wspaniale brzmiący, dobrze już nam znany syntezatorowy relaks, który jednak ostatecznie wybucha podczas drugiego indeksu (swoją drogą zremiksowanego przez Obey City), dając już pewne pojęcie o zmianie klimatu. Zamiast powściągliwej melancholii debiutu dostajemy bardziej bezpośrednie emocje, nerwice i uderzenia w potylicę. Choć kanonada akordów "Conversation Loop" może budzić skojarzenia ze "Sport (Part 1)" z LP 1, to dramaturgia tego zajścia jest znacznie intensywniejsza. Trzeci kawałek w zestawie daje nam Phantoma jeszcze bardziej podporządkowanego potykającemu się bitowi i niskiemu basowi. Kulminację niepokoju album osiąga jednak dopiero podczas "Earth Beat". Niski, niemal dubstepowy bas kontrowany jest urywanym, jęczącym syntezatorem, który to z kolei postawiony zostaje w opozycji do miękkich klawiszowych padów. Wytchnienie nadchodzi w postaci "Turtles All The Way Down". Ambientowe tło, zdilejowana marimba i pianinko dają szansę na złapanie oddechu przed kolejnym numerem, chyba najagresywniejszym w karierze autora. Wściekły bit zachowuje się jednak mocno nietypowo, wyjątkowo sprawnie operując przestrzenią pomiędzy kolejnymi uderzeniami, oferując wrażenie intensywności, jakiej w dźwiękach nie ma, a jaka wynika jedynie z precyzyjnie budowanego napięcia i tego, co podpowiada nam mózg. Cały kawałek jednak spojony zostaje syntezatorem, bardzo kojarzącym mi się z ambientowym wcieleniem Bowiego. "Pisces" pełni podobną rolę co "Gothic (Album Mix)" na poprzednim albumie, powoli zwiastując powrót spokoju, ostatecznie osiągniętego w "Water Memory" (zgodnie z nazwą zawierającego dźwięki wody, przez co naturalnie kojarzącego się nieco z Gasem). Wraca też marimba, a całość brzmi jak zakończenie płyty. Kawałek płynnie przechodzi w ostatni utwór, który wyciszając się, nagle uderza, przez chwile brzmiąc jak spokojniejsza wersja wspomnianego wcześniej Obey City. Kurtyna opada.

Nowy album Phantoma jest z całą pewnością pokazem jego skillsów i szerokich horyzontów muzycznych, co stawia go wyżej od wielu zinstytucjonalizowanych twórców, którzy dostarczają regularnie solidny, ale i przewidywalny materiał. A czy te serwowane nam w aproksymacji co cztery femtosekundy masywne uncje skawalonych, naznaczonych kasandryczną dystorsją wygibasów sonicznych odpowiadają na jakieś inne pytania? Hmmm…

Antoni Barszczak    
10 lutego 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja