RECENZJE

Pezet
Radio Pezet

2012, Koka Beats 5.5

Cała "dyskusja" o tym albumie przybiera postać walki widmowych jakości, usiłujących przydać odrobinę blasku temu, co ilościowe i trywialne. Radio Pezet to pierwsza płyta Kaplińskiego, która ukazuje się w okresie jego bezwzględnej dominacji – erze self-publishing i portali społecznościowych, w której łatwiej zainwestować w nieoczywiste zdawałoby się "Supergirl" niż kawałek plastiku z dodanymi majtkami. To wszystko mogłoby być ciekawym przyczynkiem do dyskusji o kapitalizmie kognitywnym, o tym, jak z centrum odpływamy ku centrum zmultiplikowanemu, imitując trochę foucaultowskie dryfowanie ngosów ku strukturze przedsiębiorstw, jak również do analizy tego, jak "mainstream" (rozumiecie umowność tego pojęcia) działa na odbiorcę, bo to Pezet dyktuje warunki – dla Dody zaproszenie Fokusa jest zabiegiem rynkowym, dla Pezeta zaledwie kaprysem, itd., itd. Może gdyby faktycznie raper zaczął brać acodin, pewien stopień dysocjacji pozwoliłby mu spojrzeć na swoje miejsce  na scenie i wszystkim wyszłoby to na zdrowie.

Jak jednak przy tym wszystkim uniknąć relatywizującego impasu? Najłatwiej i najpewniej sięgnąć po sprawdzone, choć sygnalizujące niewydolność klasyczne kategorie (prawdę, dobro i piękno). Wbrew zapowiedziom nie ma tu aż tak dużo "grime'u" i "dubstepu", zresztą jakie znaczenie mają jakiekolwiek genologiczne kategorie w przypadku rapera który bez żenady sprowadza amerykański, współczesny rap do wytwórni Ricka Rossa (że dobrze) i Pitbulla (że źle). Ta płyta to rzecz kompletnie przezroczysta, jak program PO, skala ocen Screenagers czy moje CV – zarówno pod względem tekstowym, jak i muzycznym to dla mnie album niemal kompletnie nieinwazyjny, nie zostający w głowie. Czy którykolwiek raper w Polsce powiedział kiedykolwiek coś, czego nie wiedziałbym wcześniej, co by mnie zaskoczyło albo zmieniło? Nie.

Ciężko też znów zbijać argumenty o gimnazjalność, formułowane przez tych, którzy w gimnazjum byli, gdy wychodziła Muzyka Klasyczna i nawet gdy szukają jakiegoś ujścia dla tej nostalgii, to wszystko odbija się na słabo maskowanej dialektyce sacrum/profanum ("nie chodzi o dychotomię klasyczne bity/ nowoczesne bity, tylko te nowe są OBIEKTYWNIE CHUJOWE"). A przecież to nie jest (w klasycznych kategoriach) zła płyta, gdyby darować sobie tradycyjnie już zbędne skity i kilka flopów. Takim koszmarem jest utwór z Kamilem Bednarkiem, stanowiący rewers większości materiału, próba przechwycenia słuchacza x która kończy się kompletnym niepowodzeniem. Gdyby w "Na Pewno" pojawiał się Małolat, mógłby to być najgorszy utwór na Dziś W Moim Mieście (również sposób frazowania Pezeta w końcówce drugiej zwrotki to patent z tamtego albumu). Słabo wypada też "Brutto Czy Netto". Mes leci tym samym flow od 3 lat, i nawet jeśli to flow mistrzowskie, to i tak trochę słabo wypada w przypadku gościa przechwalającego się trzystoma flow na pięć koncertów. Reszta przemyka miło, by w kilku momentach wznieść się na wyżyny i pokazać, że nie zabrakło tu też odrobiny rozpierdolu: "P-Z" to szczytowe osiągnięcie technicznego bragga w katalogu Pezeta, "Slang 2", choć mógłby być skitem – wyjmuje z butów, a wszyscy wiemy, co oznacza utrata butów przy zderzeniu z wielotonowym walcem. Laska, która wali Cię po rogach, ziom, i diler, na którego czekasz kilka dni – proste, precyzyjne obrazy. Niesamowicie też gościu leci w drugiej zwrotce "Ten Dzień Minie", żongluje dynamiką, przerzuca jak nikt nie przerzucał i jest przy tym sympatycznym ziomem. Wersy "byłem też spłukany i głodny, i choć nie wie nikt o tym / tak jak o łzach które czasem same napływały do oczu / to kilka razy wychodziłem na dach, nie wiem po co, może po to by skoczyć, ale jestem tu, przez odwagę lub strach" na jednym z ostatnich (ostatnim?) bicie od Zjawina jaki usłyszymy to z kolei kategoria arcydzielna, "Byłem" w całości to chyba najlepszy kawałek na płycie.

Co jeszcze? Brak żałosnej podróby Eminema z Wielkiej Brytanii przeszkadza mi w odbiorze Radia Pezet w tym samym stopniu co całkiem przecież możliwy brak Theodora z Alkopoligamii na nowym albumie Kendricka Lamara. Niektórzy uwierzyli, że dyspozytorem opinii o rapie w Polsce może być forum złożone z pojętnych uczniów Andrzeja Budy, niektórzy nie mogą opamiętać się w  próbach "obiektywnych" ujęć, inni jeszcze trafili na ślad swobodnego traktowania kategorii prawa autorskiego (lub kategorii dobrego producenta rapowego) przez Sidneya – nie zmienia to jednak faktu, że dla mnie nowy album najbardziej znanego polskiego rapera lokuje się gdzieś w połowie skali. Tam, gdzie recenzowane przez nas albumy Beyonce czy Justina Biebera, znacznie jednak wyżej od Dody. Dla rapera nie jest to deprecjonujące, dla słuchacza jak najbardziej korzystne.

Łukasz Łachecki    
14 września 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja