RECENZJE

Petite Noir
The King Of Anxiety (EP)

2015, Domino 5.9

Yannick Ilunga może irytować, a konkretniej usilnie forsowany przez niego w wywiadach sztuczny koncept noirwave’u i próba osadzenia go w centrum dyskursu wokół swojej twórczości. Nagrywający pod pseudonimem Petite Noir artysta początkowo wymyślił ten termin w celu opisania własnej muzyki, definiowanej w ten sposób jako odświeżenie new wave’u etnicznym, afrykańskim vibe'em (brzmi znajomo?), ale z czasem dokonał uniwersalizacji tego pojęcia, sprowadzając je do idei swobodnego mieszania własnych inspiracji bez jakiegokolwiek zapatrywania się na granice gatunkowe i – przede wszystkim – geograficzne, co w konsekwencji prowadzić ma do wzrostu zainteresowania afrykańską kulturą wśród zamorskich społeczeństw. Wszystko pięknie, tylko przypominam, że mamy 2015 rok i muzyczny kosmopolityzm to od dawien dawna chleb powszedni, więc cała podjarka wydaje się karykaturalna, a sam zainteresowany tylko potęguje to wrażenie swoimi obsesyjnymi wypowiedziami, w których stwierdza na przykład, że z pewnością przeszczepi swoje postulaty do trendów światowej popkultury i już niedługo o Beyoncé będziemy mówić jako o artystce noirwave’owej. Cóż, może to jest właśnie sposób na Becka.

Ilunga jako dziecko trafił do Kapsztadu i w ciągu kilkunastu lat zdążył zmieścić w swoim CV przygody z chórem kościelnym, zespołem metalcore’owym i projektem chillwave’owym. W tym płynnym procesie poszukiwania własnej tożsamości ukształtował się na zdolnego producenta i multiinstrumentalistę, ale dopiero jako prominentny członek hipsterskiego kolektywu Capital Of Cool zyskał popularność i obiegową opinię luminarza nowej, egalitarnie zorientowanej fali południowoafrykańskiego indie, zbierając propsy m.in. od Solange czy Mos Defa, z którym notabene nawet spotkał się w swoim studiu. Jego debiutancka EP-ka jest jednak dzieckiem sprowokowanej pobytem w Londynie zajawki na alternatywne r&b i jak na brytyjskie warunki wypada zaledwie nieźle.

Na The King Of Anxiety próżno szukać rozbrajających wygibasów harmonicznych lub automatycznie zapamiętywalnych melodii. To raczej statyczne w skali makro kawałki bazujące na repetycji, choć delikatnie igrające z dynamiką za sprawą kilku nowofalowych patentów, jak na przykład rozpływającej się w morzu basu gitki w "The Fall", brzmiącej, jakby przygrywał na niej Andy Summers w swoich najbardziej smooth momentach, albo post-punkowych wyładowaniach perkusji w rozżarzonym finale najlepszego na płycie, obudowanego wokół pulsującego, wyślizgującego się z dłoni bitu "Chess". Dominują proste, nieliczne sekwencje akordów oraz powtarzalne figury rytmiczne i melodyczne, a kulminacją tych tendencji jest otwierający "Come Inside", oparty na plemiennym, powracającym w nieskończoność motywie, aczkolwiek nawet tu trudno mówić o jakiejś szczególnej monotonii. Zwraca uwagę również dopieszczona produkcja i jej przejrzystość à la Brian Eno na płytach U2.

Z drugiej strony trudno oprzeć się myśli, że Petite Noir niejednokrotnie próbuje zamaskować kompozycyjne niedociągnięcia nastrojem, jak w umierającym za grzechy The xx "Till We Ghosts" czy w zbyt częstym charakteryzowaniu swoich utworów na rozbuchane crescendo. W ten sposób The King Of Anxiety pozostawia po sobie wrażenie obcowania ze zręczną manipulacją i niewykorzystanym potencjałem burzy pomysłów, przyćmionych przez przezroczystość wizji ich realizacji, w czym przypomina casus Cupid Deluxe. Gorączkowa próba podporządkowania muzyki obranemu konceptowi nie wyszła więc Ilundze na dobre, ale jeśli tylko popracuje nad jakością hooków i powściągliwością w popadaniu w patos, może zrehabilitować się już na zbliżającym się longplayu. Czekamy więc.

Wojciech Chełmecki    
20 lutego 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie